Antoni Sygietyński

ŚWIĘTY OGIEŃ

„PRZEZ SKÓRĘ, A DO KRWI!.."

Styczeń, r. .

Latem. Słońce dopiero co wzeszło. Poranek pogodny. Ani chmurki na niebie jasno błękitnem, jak szafir, ani westchnienia wiatru w powietrzu przezroczystem, jak kryształ. Drobna fala na Wiśle, mieciona dreszczem pośpiechu, pełgnęła radośnie złotem czerwonem od złamanych promieni słońca. Galary ze żwirem, wielkie, brunatne, sennie przechylone na bok, ciężko leżały na plaskiem dnie rzeki.

Wybrzeże roiło się od ludzi. Jedni po kładkach wywozili w taczkach żwir z galarów na wybrzeże, inni zsypywali go w ryszpy symetryczne, inni znowu przerzucali szuflami żelaznemi na wozy ładowne. Pogwarek wesoły, czasem gruby a sprośny, szedł od galaru do galaru, od wozu do wozu, przerywany też parskaniem koni, cierpliwie stojących przy dyszlach.

Jeden z woźniców, człek rosły, kibitny, mocny a zwinny, snadź sam sobie gospodarz i pan, tak pilnie, tak sprawnie przerzucał żwir z ryszpy do wozu, iż skrzynia napełń tła się wpierw, zanim słońce wzbiło się nad ziemię na chłopa. I wóz też jego, ku zazdrości towarzyszów, miał pierwszy ruszyć w drogę. Do wozu zaprzężona była para koni mierzynów, ale dobrze odżywionych, ale mocnych: jeden gniady. drugi kary. Jeszcze chwila i jazda! Jazda?.. Hm, hm!.., A konie?

— Wio, kary! wio, gniady! — krzyknął woźnica z ziemi, potrzaskując biczem w powietrzu. Konie szarpnęły się z miejsca, ale też wnet stanęły.

— Wio, kary! wio, gniady! — krzyknął woźnica po raz wtóry i śmignął biczem oba konie po bokach. Taż sama scena. Konie szarpnęły się wprawdzie z miejsca, lecz też, jak pierwej, stanęły odrazu. Czy to wóz wydał im się nad siły ciężki, czy chomonta zbyt dolegliwie uwierały w karki, czy dyszel zbyt twardo bił po żebrach, czy grunt grzązki pod nogami uginał się zbyt głęboko, czy może pagórek nadbrzeżny przedstawiał się zbyt stromo, — doić, iż posłuszeństwa wręcz odmówiły.

Na nic wszelkie zabiegi: bił z boku woźnica gniadego, gniady porywał się do dźwigu, lecz cofał się kary; bił przez rękę karego, kary podawał się naprzód, lecz folgował sobie w tył gniady; bił oba raz w raz od jednego rzutu ręki, jeden wspinał się, drugi wierzgał; bił i pokrzykiwał, pokrzykiwał i bił — opór w odpowiedzi; podsadzał się barkiem pod kłonicę, by ulżyć ciężaru, daremny trud: oba konie wpierały się kopytami w ziemię i, głuche na wszelkie wołania a przekleństwa, stały jak skamieniałe; chwytał z przodu za uzdy i, ciągnąc całą siłą ku sobie jedną ręką, ćwiczył biczem oba po nogach drugą, — ten sam skutek: konie to waliły się na dyszel, to chowały łby między nogi, to znów wspinały się ponad głowę woźnicy...

Ani rusz z miejsca, a tu w dodatku kamraci i współzawodnicy dogadywali wcale nie półgębkiem.

— A co? Zachciało ci się kapitalistą zostać! Myślałeś, że obrócisz z podwodą prędzej, niż każdy z nas?... Mądrale, me szkapy!... A im co za niewola pracować na ciebie więcej, niż trzeba?... Nic z tego!... Zaprząż się sam w szydło, albo może lepiej z boku na trzeciego: pożyczymy ci chomonta, a i bal na trójkę się znajdzie... Twój nie pomoże!...

— Nie pomoże?...

I woźnica zmęczony, zziajany a rozsierdzony odstąpił od koni, rzucił bicz odręcznie nawóz i przystanął z boku, by wytchnąć a sił nabrać do czynu. Stał chwilę, poczem w milczeniu, jak człowiek, świadom swego pomysłu a pewien siebie, przystąpił do wozu, oparł się jedną nogą o piastę kola a drugą lekko się odbił od ziemi, i prawie jednym skokiem był już na wozie.

Czy po to, aby część żwiru, z takim mozołem i pośpiechem naładowanego, zrzucić szuflą na ziemię i przez to ulżyć koniom ciężaru?

Bynajmniej: zasiadł się wygodnie na wozie, trząchnął sobą, jakgdyby dla sprawdzenia, czy sam nic nie stracił ze swojej wagi, i wraz, chwyciwszy za biczysko, a ściągnąwszy lice ku sobie, by konie poczuły w pyskach, iż są na wędzidle, zaświecił każdemu po boku biczem z góry. A bicz teraz tak ostro gwizdnął w powietrzu, a tak cięto podjechał pod brzuchy raz i drugi, iż zdawało się, że, albo skra padnie z pod bicza, albo krew tryśnie z pod skóry.

I konie ruszyły z miejsca razem i pociągnęły za sobą wóz z wybrzeża piaszczystego gładko, a i potem poszły pod górę skwapliwie, parskając tylko od czasu do czasu, jakgdyby dla dodania sobie fantazji, albo lepiej: dla wyzwolenia sił utajonych, a wczas nieużytych. Wóz podskakiwał jeno za niemi z kamienia na kamień. O, bo konie poczuły, iż woźnica teraz jest w równowadze swoich praw i sił: góruje nad niemi pozycją, a przez to ikrzepciej trzyma, i mocniej bije. A że tam wozowi przybyło ze dwa centnary na wadze, to i cóż wobec woli i ochoty? Więc szły posłuszne a wesołe, że aż woźnicy serca przyrastało na widok darzącej się zbożnej pracy. To też pogwizdywał im, a pośpiewywał sobie i dogadywał:

— Hej, hej, bydlątka moje, tak teraz idzie wam się gładko, jakgdyby wóz nie żwirem był ładowny, ale pierzem i puchem!... I chomonta nie uwierają karków, i dyszel nie bije twardo po żebrach! Macie wy swoją woię, ale i ja mam swoją... Czyj obrok, tego prawo!... Wio, kary! wio, gniady!... a bez bata, bo skóry szkoda!...

Ale cóż?!. Pięć, czy sześć razy woźnica ładowną swą podwodą obrócił w te same konie i pięć czy sześć razy powtórzyła się ta sama scena oporu daremnego. Aż dopiero pod wieczór, gdy słońce smutnie już krwawą purpura topiło przeblaski swe w drżącej fali Wisły, a sine kłęby pary biły z nozdrzy końskich, oba zmądrzałe już mierzyny na pierwszy pokrzyk woźnicy ruszyły z miejsca i poszły. Woźnica oszczędził im razów i ciężaru zbędnego, dopóki ciągnęły pod górę. Gdy jednak wydostały się już z podwodą na płask pagórka, przysiadł się na wóz, trzasnął z bata w powietrzu dla fantazji i, wruszywszy pogardliwie ramionami, zaklął:

— Psiakrew!... Że też to do rozumu stworzenia boskiego nie można trafić inaczej, jedno przez skórę a do krwi!... Wio, kary! wio, gniady! a razem, ochotnie, pod górę i z góry, — bo batem!...

WYWŁASZCZONA.

Obrazek z zamierzchającej teraźniejszości.

Sierpień, r. .

Adolfowi Dygasińskiemu, jako wyraz hołdu i przyjaźni.

Mówię wam, matko, że wasz opór nie zda się na nic: musicie ustąpić z drogi i basta!

— Nie ustąpię!... Nie ustąpię, żeby tam nie wiem co!... Tu drogi nigdy nie było i tu drogi nie będzie!... To mój sad, mój, tędy leci tylko ścieżka i ja przez furtkę nie puszczę.

— Wiecie już przecię, że tędy właśnie kolej ma pójść.

— Nie pójdzie, nie pójdzie, bo ja od furtki nie odstąpię!...

— No! wstaniecie sami, czy nie?

— Nie wstanę, — Ha, niema co!,.. Trzeba sprowadzić strażników.

— I pan by śmiał na mnie starą strażników wołać? '

— Skoro dobrowolnie ustąpić nie chcecie...

— I nie ustąpię... A co mi strażnicy zrobią?...

Będą bili? A niech biją od tego są! Ale ja na swojem postawię!

— Słuchajcież, matko, jeszcze raz: tędy wypadła nam linja).,.

— A co I e n ia ma do mnie, albo co ja mam do leniji ?... Przecież pan może ją puścić obocznie... I Kuba Gąsior z jednej strony nie urodził się na tym gruncie, i Marcin Gwara z drugiej strony przyszedł tu aż z trzeciej wsi, to oni mogą ustąpić z gruntu. Ale ja na tej ziemi się wychowałam — to mój grunt, to moja chałupa... Tu jeszcze moi rodzice mieszkali — starzy ludzie pamiętają... każde dziecko panu powie... A nie?... to niech pan obaczy w tabeli; tam stoi tak, wiem zaiście, choć czytać nie umiem. Ale pan czytać umie.., a nie — to wójt panu powie, albo ja ori komisarza przyniosę świadectwo, jako ten grunt jest zapisany osobliwie na moje imię i nazwisko, bo mój już nie żył, kiedy ziemię nadawali, jeno ja sama, biedna wdowa, siedziałam w tej chałupie z czworgiem sierot i przy gospodarstwie harowałam. Niech pan idzie do komisarza, niech!...

— Nie przeczę temu zgoła, ale do komisarza nie pójdę, bo nie mam po co... Linja jest zatwierdzona przez rząd — rozumiecie? — przez rząd; ażeście nam gruntu sprzedać nie chcieli dobrowolnie, więc rząd was wywłaszczył... Takie jest prawo.

— Gdzieby zaś rząd raz ziemię nadawał, a drugi raz z niej wywłaszczał. Nie może być, jeno żydy kupce tak prawo na uciemiężenie narodu chrześcijańskiego wykręcili!...

— Mylicie się, matko!,. Zresztą krzywdy waszej tu nie widzę... Rząd przyznał wam tyle za kilkadziesiąt sążni, że inny z pocałowaniem ręki i dziesięć morgów oddałby za te pieniądze.

— Alboż ja mówię, że nie?... Ale pieniędzy nie wezmę i ziemi nie oddam!... W tej chałupie się urodziłam i w tej chałupie chcę umrzeć.

— Niby to nie wszystko jedno, gdzie kto umrze?

— I żyd by inaczej nie powiedział! A takiemu co?... Byle zarobił na cudzej krzywdzie, to i leci w świat! Sumienie mu na miejscu dosiedzieć nie pozwala, a i umiera ze strachem tam, gdzie go śmierć przyłapi. To za mękę Chrystusa!.. Ale ja mam czyste sumienie i prawo za sobą. Chałupy się nie wyzbędę, a jakby chcieli brać gwałtem, to oddam się w opiekę Panu Jezusowi Najsłodszemu i Pannie Świętej, Matce Boskiej Łaskawej i będę miała moc!...

— Moc będziecie mieli, ale swoją drogą ziemię dacie, jak nie z dobrej woli, to inaczej i tylko próżne wasze gadanie! A zresztą o co chodzi? Do chatki, jak widzę, jesteście bardzo przywiązani... Podoba mi się to. więc przez wzgląd na waszą tkliwość każę ją rozebrać tak ostrożnie, żeby ani jeden dyl się nie złamał... Potem zabierzecie sobie kawałek po kawałeczku i ustawicie na nowo... Odpowiadam za całość... Zgoda?

— Nie!.. i chałupy nie dam i sadu nie dam, bo to moje!

— No, moja matko kochana, widzę, że się z wami nie dogadam... Robotnicy stoją z założonemi rękami i czas tracą... Wyczerpała się moja cierpliwość... Teraz już mówię nie żartem: ruszajcie drogi, a nie — to zawołam, strażników!... Co!... Jeszcze nie?... Z drogi, mówie!...

— Kiedy tu drogi nijakiej niema, toć ja sama chodzę miedzą przez Wojtkowa niwę...

— A to utrapienie z takim rozumem!... Djabeł swoje, baba swoje!... No. po raz ostatni: wstaniecie sami, czy nie?

— Nie, nie wstanę, choćby tu przyszedł największy naczelnik, choćby tu przyjechał największy jedneroł na koniu, bo to moja ziemia, to mój sad, moja chałupa!..

— Ha, to was podniosą... Ale nie moja będzie wina, jeśli przytem w dodatku parę szturchańców oberwiecie!

i inżynier zły, iż będzie musiał istotnie uciec się do siły brutalnej, a inaczej nie podobnaby było uporać się ze staruszką, zakręcił się na pięcie, jak żołnierz, i, jak żołnierz miarowym krokiem udał się do baraku kolejowego, nieopodal, gdzie przy biurze technicznem miał pod ręku kilku stróżów porządku publicznego, którym też wydal stosowne rozporządzenia.

W godzinę mniej więcej potem drzwi baraku otworzyły się zwolna i do biura inżeniera weszła staruszka nieśmiało. Odziana była białą długą płachtą, która dokładnie otulała jej głowę wraz z czołem, a od ramion po wychudłem ciele spływała swobodnie gładkiemi fałdami aż do samej ziemi. Z pod płachty wyzierała tylko przednia część twarzy, powleczonej skórą oliwkową, spaloną na słońcu, wysuszoną, pomarszczoną w krzyżujące się brózdy trosk, niewczasów i starości. Rysy jej odznaczały się stanowczością typową i prawidłowością. Były raczej twarde, niż grube — i raczej męskie, niż kobiece. Snać odziedziczyła je po ojcu. Nos miała wydatny, ale cienki i zapadnięty już w nozdrzach, wargi wąskie i zaciśnięte, jak u łudzi silnej woli, oczy duże, podłużne, ale przymrużone już i szare, jakby spłowiałe na wietrze, a lśniące tylko zimnym przeblaskiem światła odbitego. Widać było, iż patrzy z wysiłkiem. Stała przy drzwiach niewzruszona, zesztywniała w kształtach i wyrazie, jak biały posąg niedoli, wzywający ludzi do miłosierdzia swojem milczeniem. Nie czuć w niej było życia, aż dopiero po chwili, gdy z głębi duszy odezwała się głosem zgnębionym, a jednak wstrząsającym, jak jęk rozbitego dzwonu kościelnego:

— Pochwalony Jezus Chrystus!...

— Na wieki wieków... I ja go też chwalę — odpowiedział inżynier skwapliwie...

— I mnie się tak zdawało... Bo powiadają ludzie, że kolej to żydy prowadzą; ale wielmożny pan ma twarz taką gładką i białą, a oko takie niebieskie, czyste, jak królewic... Pewnie swój — pomyślałam, katolicka dusza!..

— Ależ niezawodnie, matko, jestem polak i katolik, tak samo, jak i wy, i wierzcie mi, żem strażników posłał z musu. Nie mogłem sobie postąpić inaczej — i teraz wam krzywda: pewnie użyli siły, podnieśli was gwałtem... Bo to widziecie takie jest prawo, a z prawem żartów niema!

A mnie co tam prawo, a mnie co tam gwałt! Śmierć od Boga mi nie straszna, to jakże zaś miałabym się bać strażników?... Ale bez urazy wielmożnego pana naczelnika, przyniosłam pół kopy jaj, osełkę masła, serek owarzany, tłusty... Niewiele tego jest, bo i w domu chudo...

— A widzicie... Jak kolej pójdzie, to wam wszystkim przyniesie dostatek.

— A mnie co ona przyniesie?... Przyjdzie, gwiźnie i pójdzie: tyle uciechy będę z niej miała...

— Tak dziś mówicie; ale jak się doczekacie...

— Kiedy ja już tylko śmierci czekam,.. Ale, bez urazy wielmożnego pana, czy moge złożyć te jaja, i to masło, i ten serek?... Przecie wielmożny pan nie pogardzi...

— I owszem, chętnie wezmę, przyda się, przyda... A ile też za to sobie liczycie?

— Ja tam, wielmożny panie, pieniędzy nie jestem chciwa... Mam, Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, gdzie spać, bo chata jest moja, i co jeść, bo dzieci są już postanowione i dołogu mi nie skąpią, choć się na nie z ziemi odpisałam i mogłyby mi, jak to bywa u innych, wcale jeść nie dawać... Ale o tę chatkę mi chodzi i o ten sadek... Wielmożny panie naczelniku! Ulituj się mnie biednej starej i puść leniję mimo, albo krszyneczkę na prawo przez niwę Gąsiorową, albo krszyneczkę na lewo przez łąkę Gwarową. A im co to szkodzi? Obaj są rodem z innej wsi i obaj są jednako chytrzy na pieniądze. Ale ja w tej chałupie się urodziłam i za granicę nie pójdę, nijak nie pójdę... Wielmożny panie naczelniku, będziesz miał zasługę przed Bogiem, żeś starej kobiecie w ostatniej życia godzinie spokoju nie zamącił!... Bo i cóżem ja ci za krzywdę wyrządziła, że mnie gnębisz srodze, albo i co ta drzewina w sadzie jest ci winna, że ją każesz wycinać bezlitośnie?

— Bredzicie wciąż jedno do koła i czas mi tylko zabieracie!..

— Panie, pozwól mi się wywnętrzyć? Urzewniałam sobie przed ludźmi, ale to nie pomogło...

Może. gdy duszę otworzę przed tobą, doznam łaski.

— Niema łaski wobec prawa!

— Czy i na drzewinę jest takie samo prawo, jak na łudzi?

— Moja matko, wszystko dobrze, — ale już ;ych łez waszych nad drzewami nie rozamiem zgoła. Kolej zapłaci wam za nie, jak za cynamon, a to stare drapaki, nic nie warte!... Dziczki szkaradne — pewnie nawet nigdy nie rodziły... W sam raz na ogień!... Będziecie mieli przy czem zimą się ogrzać...

Bez urazy, wielmożny panie, nic mi to, że nie rodziły i nie rodzą, bom ani jabłek, ani gruszek, ani śliwek, ani żadnego owocu nie łakoma; ale na ogień ich też nie wezmę, bo to... Zaraz, jeno tchu nabiorę w siebie... Bo to tak było:

— Kiedyśwa się pobrali, a chłop mój był niekarny, to dziedzic nieboszczyk. Panie świeć nad jego duszą, wydawał ludziom ze dworu płonki i kazał je sadzić koło chałup: powiadał, że to dla obyczaju i na pożytek; pożytkuśwa z tego nie mieli, ale trzeba było się słuchać, bo dziedzic nieboszczyk, Panie świec nad jego duszą, prędki był do gniewu i na skórę chłopską łasy — wiadomo szlachcic! I sadziliśwa co rok... Ale, co on zasadził, to uschło; jedna tylko jabłonka się udała, a choć płonna, to jednak krzepko stoi na środku sadu, i tę ja wielce miłuję; ale co ja zasadziłam, to wszystko się przyjęło, bo płonki na wiosnę okopywałam i wilki od pnia przycinałam i wszystką drzewinę na suszę podlewałam, choć i na pilnej robocie nie zbywało, byle dziedzic na mojego nie był krzyw, co często się trafiało. I teraz każda drzewina ma swoją u mnie pamiątkę: bo stara jabłonka to z tego roku. kiedyśwa się pobrali; a grusza rozsochata, co stoi przed furtką, to znów z tego, kiedy mój umarł; ale i na innych są krzyżyki, bom wszystko dla pamięci znaczyła: na jednych urodziny, a uzbierało się tego dość, bo są dzieci i wnuczęta; na innych wesela, kiedy córki szły za mąż i kiedy synowie się żenili; na innych znów śmierć, bo i tego nie brakło. To i błogo mi też na starość, gdy nikogo przy mnie niema, sieść sobie na przyzbie i spoglądać na te znaki, a rozpamiętywać i te nadzieje, i te radości, i te śmiechyi te smutki, i te żale, i te łzy a choćby i te czasy, co minęły a nie wrócą się, i człowiek tyle jeno o nich wie, że je na drzewinie zakarbował kozikiem. A ta drzewina wszystka ongi była młoda i dorodna, a dziś jest stara i pokraczna,.. Oj, tak!... Ale, wielmożny panie naczelniku, ja i niedowidzę już i na nogi też niedomagam. I bywa, że wszyscy pójdą do kościoła, a ja sama jedniusieńka, zostanę się nietylko w chałupie, ale i w całej wsi. To i duch zaraz inny we mnie wstępuje, gdy sobie pocichu pacierz mówię w sadzie a widzę, jak słonko lśni na dachu kościoła i wieżyczka ciągnie się ku niebu, a słyszę, jak dzwonią na podniesienie... I czasem jestem w lasce... Zdaje mi się, że Pan Bóg czyni miłosierdzie nad ludem i pozwala Panu Jezusowi zstąpić z nieba, ale Pan Jezus niema gdzie nóżki postawić na ziemi, gdzieby nie było krwi przelanej nieprawie. gdzieby nie było ostów i cierni grzechu. A że i matka Najświętsza troska się wiela o Niego, Synaczka Swego jednego, żeby Mu się znów krzywda jakaś nie stała dla zatwardziałości ludzkiej, więc On też zawiśnie tylko nad kościołem chwilkę i wraca niepocieszony do Ojca Przedwiecznego smęcić się za niezbożność ludzką... I ja to nieraz widzę z przyzby i czasem mi ciężej, czasem lżej na sercu!.. To tak z moją modlitwą w sadzie; a gdyby wielmożny pan jeszcze i do izby zechciał zajrzeć łaskawie, toby się przekona! naocznie, że tam wszystko w porządku, choć się razem ze mną zestarzało... A cóż! Żyję na tym Bożym świecie może siedemdziesiąt lat, może osiemdziesiąt, a ktoby tam zliczył? Przecię rok za rokiem płynie, jak ta woda w rzece, i tyle się go ma w pamięci, co i w ręku. Dwie wojny okrutne pamiętam, a każda ma swój znak osobliwy. Po synach i córkach zostały się te obrazy w chacie. I gdy synowie przyjdą ze swemi niewiastami, a córki ze swemi mężami, to posiadamy sobie tylko przy trzonie na ławach, bo miejsca jest dość, i rozpamiętujemy godzinami całemi wszystko, jak było... A cóż? Ta tylko uciecha mnie starej zostaią! A gdy wnucęta, czy to duże czy male, zbiegną się do chaty, to każde, jak tylko zobaczy swój święty obrazek na ścianie, tak zaraz pada na kolana i modli się do swego patrona. I mnie serca przyrasta, że to żyje zbożnie i modlić się umie i babce się przypochlebia, choć ja tam dlatego drobiazgu nic już, prócz świętych obrazków nie mam... Panie naczelniku! wejrzyj łaskawie na moją krzywdę i nie daj niszczyć tej mojej pamiątki!

— Ależ, matko, możecie wynieść wszystko, macie czas... Przecię to nie ogień, nie rozbój!...

— Nie ogień?!... Nie rozbój?!... Ledwie strażnicy wyważyli furtkę, a już to chłopstwo, zwyczajnie chłopstwo, rzuciło się na sad!... Jedni jakowilcy głodni, rozerwali płot, inni, jak zbójcy srodzy, przyłożyli siekiery do drzew, inni znowu, jak ścierwniki okrutne, łakome na padlinę, motykami wdarli się w ziemię, w tę świętą ziemię której łona nikt przedtem nie otwierał, chyba, żeby jej sił i życia z potu swojego i krwi użyczyć... Panie!... Łzą serce mi zaszło i pociemniało w oczach, nie mogłam patrzeć!... Przychodzę prosić łaski nad tem dziedzictwem, jakbym prosiła łaski nad życiem swojej matki. Ta ziemia, to moja rodzicielka. Wyrosłam z niej, jak płonka z korzenia. Obca ręka mnie nie wsiała... to też bez niej żyćbym niemogła. Bo i cóż po pniu i konarach, jeśli korzenie nie będą miały w czem trwać?... Wiem panie, że ci kazali bezlitośnie iść na przeaj, rzeka czy góra, dom czy sad; ale, ty możesz dać ucho mojej prośbie łaskawie. Przecię i Pan Bóg chciał spuścić z gniewu i nie zatracać miasta całego dla dziesięciu sprawiedliwych, ale ich nie było... Inni sami ci idą pod nogi, bo to uważają sobie za szczęście; czemuż więc moje chcesz wytracić dziedzictwo?

— Wierzcie mi, matko — odpowiedział inżenier wzruszony, z wyrazem współczucia — iż z duszy i z serca chciałbym wam pomódz, ale nic dla was zdziałać nie moge... Jestem związany żelaznym łańcuchem prawa, a choćbym zdziałał nieprawnie, to i takbyście niewiele zyskali. Jutro przyszliby inni i odwróciliby całą robotę na nice...

— Już widzę, panie, że ci serce wzbiera, daj mu folgę do dna... Krszyneckę na prawo z koleją, albo krsyneckę na lewo. a mój spłachetek ziemi zostanie pośrodku; nikt nie zauważy, nikt nie będzie wiedział, nie powiem nikomu!...

— Ale!... To wam się tylko tak zdaje, że nikt nie będzie wiedział...

— Nikt, nikt!... Nie powiem nikomu, jeno księdzu na świętej spowiedzi...

— A sumienie?

— Toć w tem niema krzywdy niczyjej, bo i gwara aż piszczy do pieniędzy, a i Gąsior radby swoją chałupę zamienić na inną.

— Słuchajcie, makto!... Sad wasz jest w tej chwili rozkopany od brzegu do brzegu, ani śladu z niego nie zostało, boć to skrawek marny, a stu ludzi nad nim pracuje...

— O Jezu miłosierny... Jezu!...

— Ale co do chaty, to tak będzie: zapowiem robotnikom, aby ją po rozebraniu, złożyli uważnie gdzieś na boku, w zacisznem miejscu; później zaś, wolniejszym czasem, gdy i wy już grunt sobie wybierzecie odpowiedni, każę ją wam swoim kosztem przenieść...

— To chyba wraz ze mną. bo ja izbę zamknę na kołek i krokiem się z niej nie ruszę.

— Próżny wasz opór!... Ruszą was i stamtąd niestety, ruszą — i tyle tylko zyszczecie, że się nie wywczasujecie: jutro, skoro świt, zadwonią wam toporami we drzwi.

— I to będzie moja śmierć, bo ja ją sobie u Boga miłosiernego, jako łaskę wyproszę...

I staruszka przycichła naraz, a zdyszana, wyczerpana wzruszeniem i przydługą mową, podeszła drobnym krokiem do stołu, i złożywszy na nim w milczeniu dary: pół kopy jaj, osełkę masła i serek owarzany, tłusty, szybko cofnęła się ku drzwiom. Stąd jeszcze raz zwróciła się twarzą w stronę inżyniera. Była rozgorączkowana. Płachta zsunęła się jej z głowy, która teraz świeciła srebrną siwizną włosów potarganych na czole a spadających po obu stronach twarzy rozpierzchniętemi kiśćmi na ramiona. Usta miała zaciśnięte, jakgdyby z bólu wewnętrznego, od którego całe ciało tężeje na kość czy kamień.

W oczach szarych, przesłoniętych mgłą niemocy starczej, a nadmiernie rozszerzonych, widać było dwie łzy, lśniące czysto, niby dwie zimne krople rosy, która naraz pod wieczór wystąpiła niespodzianie w przegubach głębokich uschłego badyla.

Inżynier patrzał na staruszkę ciekawie, prawie z litością, ale nic nie mówił. I ona też nie odezwała się ponownie, lecz, poczekawszy chwilę, odwróciła się ku drzwiom i wyszła. A przez pole szła tak śpiesznie, jakgdyby ją gorączka niosła. Wiatr miała w oczy, więc włosy, rozwiane w siwy obłok, fruwały tylko dokoła głowy, a płachta, wydęta u dołu i tyłu, wlokła się wiechą po ziemi, Zdawało się, że to białe widmo trwogi tak mknie przez pole bez pamięci, aby na czas przybyć w pomoc niedoli, drzemiącej bezwładnie w chacie i rozbudzić ją z odrętwienia, i powołać do czynu, a choćby tylko do jęku...

I inżynierowi, choć obyty już był z różnemi postaciami niedoli ludzkiej, ckliwo zrobiło się na sercu.

Ta kobieta, tak szczerze, tak bezinteresownie imywiązana do gniazda rodzinnego, wydała mu się bohaterką jakiegoś melodramatu, w którym los nieubłagany wziął się za bary z uczuciem i naigrawa się tylko z jego niemocy fizycznej od sceny do sceny, ponieważ wie, iż sądzono mu z góry zwyciężyć w ostatnim akcie, a może i na zakończenie wybuchnąć radosną pieśnią tryumfu!

Jakoż nazajutrz zrana, do pokoju sypialnego inżyniera, gdy ten był jeszcze w łóżku, wpadł dozorca i zaraz z progu jął wołać:

— Panie naczelniku, panie naczelniku, proszę na linję.!... Stara nie żyje!...

— Masz tobie!... Nieszczęście gotowe!

— Eh, nieszczęścia niema!... Babie było może sto lat!... I tak już niewiele się jej należało, same kości i skóra. Zresztą dzieci rychlej za nią wezmą pieniądze w sukcesji, to i będzie wesele. Gorsza, że strażnik opieczętował chałupę i nie pozwala jej tknąć, dopóki nie zjedzie komisja lekarska...

— Dobrze, ale cóż się stało babinie?..

— A któżby tam wiedział! Drzwi wchodowe od sieni zastawione były obrazem św. Florjana, a to wielki patron od ognia; na progu izby stała miseczka z chlebem i sola, pewnie z ostatniego święcenia; w jednem okienku wisiał wizerunek św. Agaty, także patronki od ognia, a w drugiej wizerunek św, Eljasza, patrona od burzy. Snać baba oddała całą chałupę w opiekę świętych, alei sama też ofiarowała się Bogu na śmierć, bo gdyśmy weszli do izby, to zastaliśmy ją klęczącą przed obrazem Matki Boskiej Łaskawej, ustawionym na stole, jak w ołtarzu, a i krzyżyk miała w ręku. Lampka przed obrazem się już dopalała. Widocznie stara całą noc spędziła na modlitwie i nad ranem umarła. Gdyśmy ją wzruszali, już była zimna, skostniała w tej pozycji, w jakiej się modliła, na klęczkach: musiało jej serce się ścisnąć. Strażnik powiada, że to śmierć nagła, więc trzeba nieboszczkę zostawić w chałupie do czasu, a tu robotnicy stoją bezczynni na linji.

— Ha, niema co!... Pójdzie się z ludźmi dalej...

— Ba, kiedy dalsza linja nie jest jeszcze okopana pod sznur...

— To niech pan weźmie z sobą przyrządy miernicze i kilku ludzi i sam przygotuje wszystko; ja zaraz tam przyjdę i robotą zarządzę.

Dozorca wyszedł. Inżynier, przeciągnąwszy się w łóżku raz i drugi, zaczął pośpiesznie się ubierać, niebawem też był gotów do drogi. Snąć jednak widmo "wywłaszczonej" stało mu przed oczyma, gdyż wychodząc z biura, odezwał się do siebie z cierpkiem westchnieniem:

— Ach, ileż postaci uczucia, stężałego w ciągu wieków, staje postępowi w poprzek drogi!...

„JEDYNACZKA".

Sierpień, r. .

Skończył nędznie. A jednak w młodości, zgoła niefrasobliwej, cieszył się w pewnej mierze przynajmniej rozgłosem utalentowanego muzyka fortepianisty i miłego towarzysza. Nosił, gwoli zwyczajowi, długie włosy i, jak na artystę przystało, nie stronił od kieliszka: owszem, lubił nawet zabawiać się szkłem w pustych chwilach życia, a tych pustych chwil każdy artysta ma zawsze podostatkiem i aż nadto...

Grał, jak to mówią, z uczuciem, t. j. przesadnie słodko w dźwięku, przesadnie miękko w rytmie, przesadnie ostro w odcieniach przeciwstawnych nastroju. Nie zbywało mu na muzykalności, a tem mniej na temperamencie, który też niósł go w przygodzie, jak konia stepowego, bez wędzidła: zbywało mu jednak na szkole, na dużych zasobach technicznych, a co ważniejsza, na wytrwałości, na woli.

Jak każdy niedouk wcześnie zaczął żyć z nauczania innych — zawód tem przykrzejszy dlań, iż nie lubił go wcale.

Z początku, jak to było w zwyczaju, chadzał po dworach możnych, a nawet pałacach; ostatecznie jednak, gdy mu było trzydzieści lat, osiadł na stałe w Warszawie, gdzie zażywał zrazu pewnej wziętości, tem łatwiejszej, iż podówczas współzawodnictwo w zawodzie muzycznym nie było groźne, a wymagania estetycznopedagogiczne nie wznosiły się zbytnio nad poziom zwykłego dyletantyzmu.

Kochał się w wielu kobietach, spotkanych po drodze, w pałacach, salonach, izbach, a nawet izdebkach rzemieślniczych, i wiele kobiet kochało się w nim również...

Nie skorzystał z chwili: ożenił się. jak to mówią, z ..jakąś". — może szwaczką, może nawet panną służącą, kobietą gospodarną, dobrą, bogobojną, ale nie dość rozwiniętą umysłowo. To go ostatecznie wytrąciło z toru.

Po dwu czy trzech leciech zgodnego, lecz niewesołego pożycia małżeńskiego, zaczął wieczorami wymykać się z domu do knajpy i ciągnąć wódeczkę, piwko, piwko, wódeczkę, to dla dodania sobie ducha, to dla względów towarzyskich, jak się zdarzyło; temperament dopełnił reszty: od nawyku do nałogu droga niedaleka...

Na szczęście, czy nieszczęście, czuła skądinąd połowica obdarzyła go córeczką.

Z początku nic się nie zmieniło w jego życiu, chyba to, iż dla sprostania potrzebom zwiększonego domu, pilniej, niż dotychczas, uczęszczał na lekcje, a nawet, o ile to możliwa, starał się o nowe.

Córeczka rosła, rosła, i po kilku leciech wyrosła na dziewczynkę śliczną, jak aniołek w spódniczce, zgrabną, jak wiewióreczka, na drzewie, pojętną i figlarną, jak małpeczka oswojona, a szczebiotliwą, jak szpaczek w klatce. Kochała mamusię, kochała tatusia i, jak to często się zdarza przy różnicy płci, kochała może więcej jeszcze tatusia, niż mamusię. I tatuś, pewnie za to, pokochał ją także...

Z biegiem czasu coraz rzadziej, wymykał się do knajpy, aż w końcu zaczął wieczorami przesiadywać w domu, w małem mieszkanku na drugiem piętrze w oficynie, złożonem z dwu pokoików i kuchenki, skromnie umeblowanych, lecz nadzwyczaj schludnie utrzymanych. Zasługa to nie tyle służącej, ile niezmiernie dobrej, acz mało inteligientnej małżonki.

Wkrótce też potem, częścią dla zabicia nudy pożycia rodzinnego,częścią dla wypróbowania zdolności muzycznych, a maże i talentu córeczki, kupił fortepian, wprawdzie używany, ale mocny i dostępny w cenie, bo na raty, i zaczął sam wprawiać się w grę, przypominać sobie dawne, dobre czasy, kiedy to, występował na koncertach, kochał się na zabój w pannach i mężatkach, spotkanych po drodze, a panny i mężatki w nim... I grał, grał wieczorami, z początku nieśmiało, niezdarnie, potem coraz wprawniej. mocniej, aż po pewnym czasie dopiął swego i grał prawie jak dawniej, a zawsze przesadnie w tonie i rytmie, niepomiarkowanie w odcieniach nastroju.

W córeczce nie objawił się dziedziczny talent. Lubiła jednak muzykę; była szczęśliwą, iż tatuś gra dla niej, zwłaszcza ulubione jej utwory czułostkowe z pewnym "Mazurkiem" Chopina na zakończenie koncertu, który z konieczności późno się zaczynał i późno kończył. Mniej szczęśliwi byli sąsiedzi i najczęściej około północy, mocnem stukaniem nogą w podłogę, ci z trzeciego piętra, a kijem w suiit, ci z pierwszego piętra, dawali wyraźne ujście swemu niezadowoleniu z nieznośnego, jak mówili, hałasu. To go jednak nie wzruszało: wygrywa! cały swój repertuar do końca, powtarzając nieodmiennie:

— Troche cierpliwości, panowie od góry i panie od dołu!... Zaraz będzie "Mazurek" Chopina i basta!...

Na lekcje wychodzi! punktualnie o godzinie zrana. Czynność tę, bo nie zawód, traktował, jako automatyczne roznoszenie muzycznego mleka prosto od krowy po domach i gospodach: gospodami zwal pensje żeńskie, na których miewał po kilka lekcji z rzędu.

i tak życie toczyło się jednakowym trybem przez jakiś czas. On starzał się, córeczka szła w lata, a matka chorzała. Potrzeby wciąż wzrastały...

Jak im podołać? Skąd wziąć lekcji, jeśli same nie przyjdą?...

i zaczął się szczerze frasować... Lecz na trasunek — dobry trunek; a kto może, dla dodania sobie kurażu, wypić jeden kieliszek, ten wypije drugi i trzeci. Pomału zaczęło się na nowo knajpowanie, z początku dla względów towarzyskich, czyli dla rozszerzenia koła stosunków, potem dla zadowolenia własnego, dla zakropienia robaka, w końcu dla nałogu...

Na nic wszelkie zabiegi, zarówno cichej, pobłażliwej żony, jak kochającej i kochanej skądinąd córki!...

Często bywało, iż bądź zona, bądź córka, pod tym czy innym pozorem, słała po niego wierną służącą do knajpy. Z początku brał się, jak to mówią, na kawał i przychodził; lecz w końcu dawał stereotypową już tylko odpowiedź:

— Niema rzeczy!...

Cokolwiekbądż jednak zjawia! się codzień w domu przed północą i, częścią z nawyku, częścią z miłości ku córce, wygrywał cały swój repertuar z sakramentalnym ,.Mazurkiem" Chopina na zakończenie.

Bieda w domu była z każdym miesiącem, z każdym dniem prawie, cięższa. Odczuwa! on ją wprawdzie, lecz na wszelkie zagabnienia, na wszelkie narzekania odpowiadał typowo polskiem: — Jakoś to będzie.'...

A tu tymczasem zona chorowała; o żadnym więc przyrobku igłą, czy szydełkiem, mowy z jej strony być nie mogło, a córka, jak na pannę dobrze wychowaną przystało, nic w rzeczywistości nie umiała. Ach, prawda!... Umiała wybornie hodować kwiaty doniczkowe i miała całą ich kolekcję na oknach i pod oknami, w pokojach i w kuchni. Pewnej jesieni nawet tak gorliwie zajęła się wypielęgnowaniem szczególnego gatunku azalji, iż wczesną już wiosną mała jeszcze roślinka obsypała się kwieciem, na podziw bujnym, pełnym, barwnym. Pielęgnowanie to odbywało się w ścisłej tajemnicy przed ojcem, co tem łatwiej przyszło, iż, właściwie mówiąc, ojca, poza roznoszeniem muzycznego mleka po domach i gospodach przez cały dzień, a kombinowaniem piwa z wódką i wódki z piwem przez cały wieczór, nic nie obchodziło. Bo. jeśli i odgrywał teraz sumiennie swój kwadrans przed północą, czy po północy, to raczej z nałogu, a może i dla świętego spokoju, niż z jakowejś podniety artystycznej.

Pewnego razu jednak wpadł w zachwyt prawdziwy, a mianowicie, gdy o północy, w dniu swoich imienin, powróciwszy z knajpy bardziej podniecony niż zwykle, zobaczył na małym stoliczku, przystawionym do fortepianu, piękną azalję. zdobną, jako Am o ena (powabna), w kwiat biały z czerwonym nalotem, a przewiązaną w koronie różową wstążeczką.

Był to imieninowy dar córki.

To też, w odpowiedzi na ten wyraz pamięci i czułości, wygrał cały swój repertuar, a wygrał go z takim zapałem niekłamanym, z taką przesadą w tonie, rytmie i nastroju, iż sąsiedzi, zarówno od dołu, jak od góry, wręcz szturmowali do mieszkania przez podłogę i sufit, zwłaszcza, iż „Mazurka" Chopina na zakończenie wykonał po dwakroć. "Sobie grał, nie komu" — i pod tę chwilę sam czuł sit; artystą.

Aliści, po niejakim czasie, córka, wątłej budowy, licho odżywiana, zgoła nie pielęgnowana, zachorowała na tytus, czy inną jakąś skuteczną chorobę — i niebawem umarła.

Życie dla ojca straciło resztę uroku. Pod obuchem silnego wrażenia, przestał pić na razie, ku wielkiemu rozradowaniu żony, która wciąż chorzała, chorzała i w cichości serca tęskniła za jaką taką bodaj osłodą marnego swego bytu. Nie wytrzymał jednak długo. Po kilku tygodniach, z początku ukradkiem, a potem całkiem otwarcie, zaczął na nowo spędzać wieczory w uprzywilejowanej swej knajpie, w której i piwo było dobre, jak nigdzie, i kredyt łatwiejszy, niż gdziekolwiek.

Zona od czasu do czasu, jak za życia córki, słała po niego wierną służącą.

Teraz jednak nie dał się wziąć na stary kawał i odrazu odpowiedział wręcz:

— Niema rzeczy!...

Aż tu, pewnego wieczora, dość późno nawet, zjawiła się służąca zadyszana w knajpie i, nie bacząc na tłum gości, zaczęła z progu w głos:

— Proszę pana! proszę pana!... Niech pan duchem idzie do domu!...

— Niema rzeczy!...

— Pani umarła!...

— Jest rzecz! — odpowiedział z przekonaniem i, machnąwszy niedbale ręką dla stwierdzenia spodziewanego wypadku, ruszył do domu.

Teraz rozpoczęło się dlań inne prawie życie. Pozostał sam, z wierną, beznadziejnie wierną, bo brzydką i podeszłą już w leciech, służącą. Wydatki na dom zmniejszyły się niepomiernie, więc zarobek wystarczał w pełni na wszystko — na komorne, na życie, na picie. To też pił, pii, opuszczał i tracił lekcje, a gdy brakło gotówki, sprzedawał ruchomości, drobiazgi, pomiątki po żonie i córce. W końcu pozostało mu tylko łóżko i krzesło wyplatane, a z rzeczy zbytecznych fortepian i stolik z azalją. Do kuchni nie zaglądał wcale i skarbów jej nie ruszał: uważał to za własność nietykalną służącej. Zresztą nie były mu potrzebne. Pił za pieniądze zarobione z kilku lekcji, które się go jeszcze przez nawyk trzymały, pił na kredyt, pił za cudze peniądze, pił za stare koncepty i nowe upokorzenia, a przyśpiewywał sobie wciąż wesoło:

— "Pijak pije, pijak ma — pijakowi Pan Bóg da!"

I Pan Bóg dał...

Jeszcze pół roku, jeszcze rok, a po utracie ostatniej lekcji, zaczął na chleb dla siebie i wiernej służącej, a więcej może na wódkę i piwo, grywać za marny grosz w tej samej knajpie, której przez długie lata był mile widzianym gościem i zyskownym spożywcą.

i teraz stała się rzecz okropna — tragiedya w maleńkich ramkach. Z całego życia przeszłego z całej pamiątki po uczuciach rodzinnych, które czcił po swojemu, została mu tylko "jedynaczka", jak ją zwał, owa piękna, kopulasta, co każdą wiosnę kwitnąca azalja. Była ona dlań uzmysłowioną duszą córki: wierzył niejako, iż postać nieboszczki w nią się wdrzewiła — i kochał ją niemal, jak dziecko swoje. Dla niej to, bo nie dla siębie, z całego biednego bogactwa swego zachował fortepian i jej to — bo nie sobie — noc w noc, od śmierci córki, półtrzeźwy, czy pół pijany, grywał. Co więcej!... sam ją okurzał, sam ją podlewał co dzień zrana, czy o południu, gdy wytarzał się już dowoli na łóżu męki, a raz wraz powtarza!:

— Babo! nie waż mi się dotykać „jedynaczki", bo będzie nieszczęście!...

Z początku sąsiedzi zżymali się nie żartem na dziwactwa starego pijaczyny, który do swego koncertu żałobnego zasiadał dopiero około drugiej, a często i trzeciej w nocy; lecz ostatecznie zrezygnowali z walki, zwłaszcza, iż cała muzyka redukowała się teraz do owego rzewnego "Mazurka Emol" (op. Nr. ) Chopina, świadomie parafrazującego popularną piosenkę: „Tam na błoniu błyszczy kwiecie, stoi ułan na widęcie", a wykonanie tego skądinąd arcydzieła wyrazu i nastroju trwało zaledwie półtorej minuty. Zanim ten i ów rozbudził się. rozczmuchał i porwał but lub kij, już było po koncercie!

Ale jakże tu nie grać! ?... Toć „jedynaczka" nie była nieczułą na wzruszenia dźwięczne. Drzała, drżała kwieciem, gdy była w nie strojna, drżała liśćmi, gdy piosnka przeszła w rytm mazurka tanecznego, drzała pniem całym, gdy motyw pierwotny, rzewny, przemienił się w krzyk zranionego serca, czy starganej duszy, drżała jeszcze, gdy pieśń przelała się w jęk rezygnacji, a może w żałosne tylko wspomnienie życia!... Jakże więc nie miłować jej, nie dać tego serdecznego z siebie grania?!....

Aliści stała się rzecz dziwna, albo raczej wcale nie dziwna. Były artysta, były nauczyciel muzyki, a obecnie marny grajek knajpowy, znalazł się pewnego razu w zacnej i dobranej kompanji i pił dobę całą, owszem i drugą, i trzeciego dnia dopiero powrócił do domu. Wierna służąca ofuknęła go wcale dosadnie, ale mimo to podała mu, jak zwykle, skromne śniadanie, złożone ze szklanki kawy białej i dwu suchych bułek, aż nadto na apetyt pijaka. Po śniadaniu rozpoczęło się granie tem śmielsze, tem mocniejsze, iż dzień był już zupełny. To też grał, grał z początku z nut, jak za dawnych dobrych czasów, gdy córka żyła, a na zakończenie z pamięci, która snadź przez wdzięczność artystyczną zachowała w całej mocy i trwałości owego „Mazurka Emol" Chopina. Pod tę chwilę, mając oczy wolne od pilnego, nużącego ślepienia nad czarnemi punktami i kreskami nut, co raz to „jedynaczkę" miłosnem prawie obrzucił wejrzeniem.

Lecz, o dziwo!... „Jedynaczka" ani drgnęła!...

Czy być może?!.... Co to jest?!....

I rozpoczął „Mazurka" po raz wtóry. Ten sam skutek: nie drgnęła nawet wtedy, gdy piosnka rzewna przemieniła się w krzyk rozpaczny!

— To nie do wiary!... Coś się stało!... Ach, wiem już, wiem!.. Zabiłem ją, sam ją zabiłem!..

Nie czuje grania, nie żyje!... Jestem zbrodniarz, cały zbrodniarz!... Przez trzy dni nie dałem jej pić.'... Biedna ..jedynaczka", biedna „jedynaczka"!...

I pędem pobiegł do kuchni i w głos zaczął wołać na służąca:

— Wody! wody!...

— A panu co się stało?...

— Wody. wody!... "Jedynaczka" nie żyje, a może tylko omdlała... Nie dałem jej pici...

— Nic jej, nic... Podlewałam ją sama przez trzy dni, co rano, a nawet omyłam każdy listek z kurzu...

— Babo!... I ty śmiałaś?!... Alboż nie mówiłem, że będzie nieszczęście?...

— Cóż znowu za nieszczęście?...

— „Jedynaczka" odwróciła się ode mnie... Uczuła pewnie, żem ją opuścił... Ani drgnie na moje granie!...

— Fiut, fiut!" I po co to tak pić, ażeby aż rozum ludzki tracić?...

— Tylko tak pić warto!... Zresztą, co to ma do rzeczy?...

— Eh!... Żeby pan był przy rozumie, jak należy, toby widział, że ziele nie dryga na jego granie, bo stolik nie jest dycht przyparty do brząkadła...

— Łżesz, jędzo waśniwa!...

— To niech pan zobaczy...

I zobaczył!... Z punktu przysunął stolik dycht do fortepianu, równo z klawiaturą, i zaczął grać całą mocą wytężonej resztki swego ducha, a coraz to zerkał zaniepokojonym wzrokiem w stronę „jedynaczki"...

I „jedynaczka" teraz drgała: drgała koroną żwawo w rytm mazurka tanecznego, drgała pniem całym, aż niektóre obumarłe listki z suchym szelestem sypały się na stolik, gdy pieśń rzewna, przeszła w krzyk rozpaczny, — i chciała drgać jeszcze...

Ale oto, nagle, przerwał on to granie swoje dla próby w chwili najwyższego porywu ducha, rzucił się wstecz od fortepianu i z pogardą zawołał:

— Dr ren!!... Tyle duszy, co w kobiecie!... Trzeba szturgać, żeby się trzęsła ze wzruszenia!...

— A co!... Czy nie mówiłam?wtrąciła służąca z wyrazem tryumfu.

— Precz mi z oczu stara wiedźmo!... I zabierz sobie to zielsko do kuchni!...

— A zabiorę... Czemuby nie?... Zawszeć to piękna pamiątka...

I zaraz nazajutrz, fortepian, jako brząkadło nikomu już na nic, przeszedł w obce ręce, za wcale pokaźną sumkę. Sumka ta nie wystarczyła na długo, ale, dzięki jej, teraz rozpoczęło się picie nanowo, — picie, co się zowie, — picie, jak przystoi, — picie na umor!...

Aliści pewnego dnia, biedny, czułostkowy, nieszczęśliwy grajek, po wyjściu nad ranem z tej czy innej knajpy, padł na ulicy, rażony udarem apoplektycznym!...

Za trumną szła tylko wierna, beznadziejnie, wierna służąca, otulona cała w obszerną wełnianą chustkę. Po wrzuceniu szczątków nieboszczyka do tak zwanego jeneralnego dołu, gdy grabarze już byli pośpiesznie odeszli, uklękła na wzniesionej nieco nad poziom mogile, zmówiła pacierz i „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie"!... i potem, zmarzniętemi palcami, bo zimą to było, rozgrzebała ziemię na kilka cali głęboko i wstawiła w nią doniczkę z azalją, przyniesioną cześciwie pod chustą...

— Niech mu się tam ta jego „jedynaczka" krzewi nad biedną głową!...

Nie krzewiła się długo.... Była piękna, czerwona, kopulasta... Podobała się komuś i ukradł ją tej samej nocy...

Z MIŁOSIERDZIA

FRASZKA.

Sierpień, r. .

Było to w miasteczku. Do izby felczerskiej w niedzielę zrana, wszedł braciszek zakonny i zaraz z progu odezwał się zbożnie:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!...

— Na wieki wieków — odpowiedział felczer skwapliwie, lecz pracy nie zaprzestał.

I nie dziwna! W izbie pełno było ludzi, a każdy czekał, — to na ostrzyżenie włosów, to na ogolenie brody, to na puszczenie krwi, to na wyrwanie zęba, ot, zwyczajnie, jak w niezbyt ludnej mieścinie, gdzie felczer sprawuje czynność zarazem balwierza i chirurga, a przy niedzieli zwijać się musi żwawo, gdyż do pomocy ma tylko ucznia wyrostka, który zaledwie jest zdolny mydło rozrobić na pianę i twarz namydlić — a tu każdy się niecierpliwi i pili.

Braciszek stał wciąż przy drzwiach, nieporuszony, pokorny, cichy. Felczer, nie przerywając czynności, a właśnie trefi! był starannie włosy według najświeższej mody, jakiemuś małomiasteczkowemu elegantowi, zerknął tylko jednem okiem w stronę braciszka i odezwał się doń lekce:

— Pewnie po kweście, a jakże'... Oa się jałmużnę, da: ale proszę poczekać, bo ręce teraz mam zajęte....

Cha! jałmużną na klasztor nie pogardzę, bo skrzętna pszczółka, w każdym dniu do uia coś przynieść winna, ale sam też radbym się ostrzygł, ogolił...

— Także obyczaj, żeby przychodzić w niedzielę, kiedy największa ciżba u felczera!...

— Nie było czasu w tygodniu, nie było, a i zakonnikowi miło też jest właśnie przy świętej niedzieli okazać się przystojniej w kościele i między ludźmi. Wiem, że przychodzę nie w porę. ale swoje zapłacę...

— Ta, ta. ta!... Zapłacę, zapłacę!... Cóżto! poganin jestem?... I ostrzyże się, i ogoli się braciszka kwestarza pięknie, jak przystoi, z m i t o s i e rdzia — ale za koleją... Proszę przysiąść sobie trochę i poczekać cierpliwie.

I braciszek usiadł na stołku poci ścianą i czekał cierpliwie kolei. A tu felczer nie ustawał w pracy i każdemu wygadzał trafnie: więc ten parskał tylko zadowolony, gdy mu krew z żyły przewiązanej pod łokciem, tryskała poć sufit; ten uśmiechał się tylko rozkosznie, gdy mu sploty włosów spadały cichutko, z głowy na kolana; ten nadyma! się tylko poważnie, gdy mu broda trzeszczała pod brzytwą, suwającą się lekko po twarzy; a i ów, któremu ząb piorunem wyskoczył z szczęki, ledwie zdążył krzyknąć, a już się śmiał wesoło w głos, tak i la operacja poszła gładko.

I wsyscy się cieszyli, i wszyscy słowy dziękczynnemi wyrażali swoje zadowolenie, a felczer nie mówił nic, jeno przy krześle operacyjnem zwijał się zgrabnie, a pieniążki do szuflady zgarniał.

Tymczasem, co jeden wyszedł, to drugi wszedł, i izba wciąż pełna była gości — a wszyscy pilili.

Lecz i na braciszka zakonnego przyszła kolej. Uczeń namydlił mu już był twarz zawczasu i felczer zabrał się do dzieła niezwłocznie, na ostro, jak człowiek, który wprawdzie ręki nie żałuje, ale w tej właśnie chwili najbardziej z czasem swoim się liczy. Więc głowa braciszka chwiała się tylko na wszystkie strony, jakgdyby luźno przyczepia na do karku, więc nożyce szczękały tylko raz w raz we włosach, jak gdyby kto słomę rżnął na sieczkę, więc brzytwa furkała tylko w powietrzu, przeskakując błyskawicznie z tonsury na policzki, z policzków na brodę, z brody na wargę pod nos, jakgdyby chodziło o zeskrobanie tępym nożem szczeciny, z martwej, niewyprawionej skóry, a braciszek poddając się operacji, siedział na krześle cierpliwie i cicho; — ani pisnął, czy mu felczer dla swej wygody zbyt gwałtownie wykręcił głowę w karku, czy go przez nieuwagę zbyt boleśnie zaciął nożycami w ucho, czy mu też z pośpiechu zdjął brzytwą z twarzy jakąś krostę a może i brodawkę, ie aż krew ciurkiem spłynęła na bura zakonną sukienkę.

Aliści w sieni, przymykającej się do izby felczerskiej, jak to bywa na partykularzu, powstała wrzawa straszliwa. Słychać było naraz i krzyk, i kwik, i pomstowanie, i łomot, a potem znów krzyk okropny i kwik przeraźliwy, i tak w koło bez końca, a z coraz większą zajadłością: snać wieprzek niekarny, przyparty do muru, nie chcąc się poddać woli czyjejś, narzuconej mu gwałtem, bronił się rozpacznie. A w krzyku ludzkim było tyle złości, a w kwiku nieludzkim było tyle boleści, że aż tym, co słyszeli, zęby cierpły z wzruszenia. I felczer też, choć serce miał kamienne, zwyczajnie jak operator, wzruszył się i, zniecierpliwiony w końcu, huknął na ucznia:

— Skoczno mały, do sieni, a dowiedz się, co się tam dzieje?

Na to braciszek, aż dotąd cierpliwy i cichy, odezwał się z westchnieniem ciężkiem:

— Zbędna ciekawość!... Pewnie z miłosierdzia kogoś golą...

SKRUCHA MACIEJWA.

Wrzesień, r. .

Prosperowi Dziekońskiemu, na pamiątkę.

I jakże to, kumie Macieju?... Słyszałem, iże od onego czasu, kiedyście to jedną nogą byli na tamtym świecie, wasza pierze was okrutnie?...

— Prała, to i pierze...

— I wy przecz mówicie: „Zacności kobieta?!"

— A mówię — bo tak i jest...

— Toć to nie do wiary!...

— Czekajcie pochwilek, a pokaże się wszystko: i to, żem nie jedną, ale obiema nogami był na tamtym świecie! to, że moja mnie pierze, bo tak przystoi... Wżdy człekowi rado wypominać i to złe, co minęło, i to dobre, co się stąd zawzięło, a zawszeć sprawiedliwemu sprawiedliwość oddać się godzi...

— Moiście wy!... I jakże to było?

— A to, nieprzymierzając, tak: Pogoda była sposobna, bo i niewidok, choć oko wykol, i deszcz, jak z cebra, i wichr, aże w głowie jęczało.!... Biorę tedy siekierę i idę do pańskiego lasu po gonną sosenkę, com ją sobie za dnia upatrzył, a była mi potrzebna na przyciesie, bo mi stodoła całkiem osiadła... Idę tedy w oćmę: zmacałem sosenkę. Plunąłem w garść, odsądziłem się, jak należy, i dalejże siekierą po odziemku. — a nasłuchiwałem jeno, żali gajowy nie dybie... Ale nie!... Owszem, darzy się... I pomyślałem sobie: jeszcze raz siekierka, jeszcze dwa. a sosenka moja... Aż tu naraz bęc!... Pan Jezus nie pobłogosławił zamierzeniu: toporzysko pękło!... Gorzej!... Oksza odbiła się opacznie od sosenki i brzeszczotem zajechała mnie przez szyję... Świeczki stanęły mi w oczach: krzyknąłem z bólu... Nasłuchuję: cicho dokoła; wiatr podczas dudni po chojakach, deszcz pluszcze po ziemi... Nachylam się. aby zmacać siekierkę rękami... Nie sposób znaleźć... Dziwno mi jeno było, iże deszcz leje zimny, a mnie jakoś palce ciepłem osiękają... Może to krew?... A może!.... Macam się po szyi... Zmacałem dziurę: ciepła krew bucha... Jezus, Marja — krzyknąłem — krew mię ujdzie!... Poniechałem siekierki, odrzuciłem toporzysko precz — i dalejże ku domowi... A krew bucha!... Zwyczajnie, chłopska krew, — bucha, jak ze świni... Nie bacząc na stratę, udarłem szmat płótna od koszuli, zmiąłem go w garści, zatkałem dziurę... Pomogło to troche, niewiele...

— Musi żelazo przejechało przez żyłę — wtrącił kum Jędrzej.

— Jużci!... Żyła się rozwarła...

— No i cóż?...

— A no nic... Krew idzie — i ja idę... Idę, idę — w oczach zaczyna mi się ćmić. a i nogi chwieją się pode mną, jak badyle ostowe... Słaniam się po drodze, jakobym, nie przymierzając, kaczki zaganiał... I myślę sobie: dojdęli do domu, czy też zamrę w polu, niby zwierz dziki, bez księdza, bez spowiedzi, bez olejów świętych, bez grzechów odpuszczenia, a nazbierało się tego od Wielkiej Nocy co niemiara, a i ta sosenka na sumieniu mi legła!... Ale idę: droga była równa choć błotna, to i nogi posuwały się przed się... Naraz potknąłem się o kamień: duży był, jako ono wiadro od wody... Przysiąść, nie przysiąść?... Przysiadłem, bo i nogi słuchu nie dawały... Dla przezpieczności urwałem jeszcze szmat koszuli, zmiąłem go dobrze z wodą — tamten zakrwawiony odrzuciłem precz, i dalejże utykać ranę...

— I nie szkoda wam było tyla płótna?

— Iście... Ale i krwi szkoda mi było... Utkałem snać ranę — bo i jakoś krew nie buchała mocno, a może i niewiele już jej zostało we mnie. Siedzę, a tu wraz oskoczyły mię komary, trzmiele, czy szarańcza — i brzęczą... Co one tak brzęczą? — myślę... A to mnie pod łysiną brzęczy... Chciałem strząsnąć z głowy to granie, a wej głowa mi lata, jak ono dęte pęcherzydło z grochem u kociego ogona... Nie! — myślę sobie: zemrę tak!... Nie zostanę w polu, choćby przyszło, niby gad, albo robak podły, czołgiem iść!... Ruszyłem z miejsca... Popycham się naprzód, a pacierz mówie... Niebawem zoczyłem światło w chałupie, w naszej, jako. że pierwsza z brzega stoi... Otucha wstąpiła we mnie. Dowlokę się — pomyślałem zanim pacierz zmówię, dowlokę się...

— No i cóż?...

— Zaraz — jeno dech złapię... Tchnijcie z Bogiem...!

— I widzicie — dowlokłem się... Walę pięścią we drzwi; moja otwiera mi, a woła z proga: ..Wszelki duch Pana Boga chwali!" — "I ja go chwalę" — odpowiadam. — "A tobie, co się stało? — pyta. — „Rety, kobieto, śmierć!" — mówie.... I zwaliłem się w sieni, niby kłoda drzewa, albo i wór otrąb...

— Moiścjewy!...

Zaprawdę, powiadam mówię wam, kumie Jędrzeju, pomyślałem: — "Już po duszy Madejowej!... Toż ja lecę ku świętej ziemi — w mrok zapadam!" Co się potem działo, nie pamiętam, nie wiem; — choćby mi na sądzie ostatecznym zdać liczbę kazano — nie wiem...

— I jakże długo. Kumie Macieju, w tem meżyciu byliście?...

— Nie wiem... Tyle jeno wam powiem, że naraz poczułem się, jako że jestem — i to nie znagła... Na sam przód miałem czucie, że mię wargi pieką, jak gdyby kto z nich skóię do żywego ściągnął;

potem miałem czucie, że mnie przez żywot ból szyje, jak gdyby mi kto żaru węglowego na brzuch nasypał, a potem poczułem swędzenie w nosię, jakgdyby mi kto ściernią nozdrza wytarł... I zacząłem kichać raz w raz, a zrywczo, że aż głowa od legła odskakiwała... Alem ślepia wytrzeszczył i patrzałem wokół siebie, niby noworodek, co z pierwotka światło uźrzał... I uźrzałem lampkę na stole przy oknie, i uźrzałem moją, zacności kobietę, jak stała nachylona nademną, i uźrzałem całe robactwo moje, jak ich jest sześcioro: Jędrek, wasz chrzestny, i Juleczka, i Marysia, i Prosp, i Maciuś, co mu dali na chrzcie świętym takie same imię, jakiem ja sobie na świat przyniósł, a będzie mu dopiero dwa lata na Gody, — a wszystko ciągnęło się za porzędem, za matką, z wyciągniętemi szyjami, jako te gęsi, albo i kaczki do strugi, jeno Waluś, osysek, wisiał niemrawy u piersi matczynej... I zawołałem: — ..Wszelki ducha Pana Boga chwali!" — "I ja go chwalę" odpowiedziała moja. "A gdzie ja jestem?" spytałem. A ona na to: — "A gdzieże ci być? Dorna przecię, w chałupie... Zretowałam cię, chwalić Pana Boga". "I ja go chwalę" — rzekłem, a wraz pytam; — "Ale skądże ja się wziąłem na tem wyrku?" Ona zaś: — "A tom się w Sieni do twoich nóg zaprzęgła w krowę i przywlokłam cię do izby, do wyrka, a na wyrko, tośwa z Jędrkiem wydugowali cię we dwoje, nie przymierzając, niby wieprza nieoprawionego na ławę, gdy jucha go ujdzie... Ale też cośwa się nadźwigali, tośwa się nadźwigali, że i dzieckowiny litowały się nade mną, a precz lamentowały: — ..Matulu, niechajcie tatula, bo się przerwiecie, a i głowa tatulowi strzaska się na podłodze: wolej by zamarł w spokoju!" — Bóg wam zapłać, dzieckowiny, za dobre słowo!... Bóg ci zapłać kobieto — rzekłem — za twoją nużę!... Ale coś mi ty zadała, że mnie tak wargi pieką, a i w żywocie czuję żar, jakoby mi kto na brzuchu żywy ogień rozpalił?" A ona na to: — "Głupi!... Żali nie wiesz, żem ci octem od siedmiu złodziejów natarła wargi, a plastr gorczyczny, moczony w occie, na brzuch przyłożyła?" „Dalibóg, nic nie wiem — to jeno wiem, że teraz mnie i boli i piecze, i w nosie kręci" „Alem cię zretowała, chwalić Pana Boga!" — "I ja go chwalę" — odpowiedziałem. A ona: — "Ale duch poszedł w ciebie dopiero, kiedym ciemiężycy nasypała ci w nozdrze... Ściągnąłeś się w siebie, niby ślimak nagi w pokrzywach, i kichnąłeś z razu... — „Pochwalony" — rzekłam. — "Na wieki wieków" — odpowiadam. A ona dalej swoje: — "I zaraz potem zacząłeś parskać raz w raz. jako on kociur, kiedy w samo południe na słońce pożrzy". — „I długo ja tak w nieżyciu byłem?" — pytam. A ona: — „Może dwa, może trzy pacierze, a ktoby tam liczył, kiedy trza było to ranę zalepiać chlebem miesionym z pajęczyną, to skórę trzeć do żywego, a na chłopie skóra twarda, niby rzemień garbowany: lady ocet jej nie przegryzie... To też coraz brałam śkło rozpalone od lampki, a przyżegałam ci skórę na żywocie, a kładłam plastr gorczyczny, pokrapiany octem od siędmiu złodziejów...

— No i cóż?...

— A no nic, kumie Jędrzeju!... Zmilknąłem pochwilek, bom się czuł niewładny, alem wnet przyszedł do siebie i zawołałem: "Tylo cierpienia — tyło!... I potrzebaż to było?" A ona: — "Jakże?!... Toż nie byłabym cię zretowała!".... A ja: — „Zretowała! zretowała!... I po co?... Dobrze mi było w omroku". A ona: "Dobrze?... Dobrze!... Co ty mówisz chłopie?" — "A no, widziało mi się — rzekę że zasypiam, niby kurczątko, albo i kwiatuszek". — „Patrzcie go: kwiatuszek!"... "Jużciże, bo kwiatuszek cały ściąga się w siebie i śpi: takom się i ja w siebie ściągnął... Co się potem działo? nie wiem — to wiem jeno, że wszystko złe ode mnie naraz odeszło, a gdym oczy zamknął, to dobroć jakowaś we mnie wstępowała: anim czarno widział, ani biało, jeno omrok gęsty; anim zimna doznawał, ani gorąca, jeno ochłody od wszelkiego bólu i cierpienia; ani mi twardo było, ani miękko, jenom czuł wygodę: — nie to, żeby niewygody nie miało być przy mnie, ale to, że ja przy niej nie byłem... A już co do troski, to ta nie pozostała mi nawet w głowie!

Anim myślał, skąd wziąć pieniędzy na podarki, na sól, na kożuchy, na buty. na katanki dla dzieci; anim się martwił sądem, co mnie dziedzic za ostatniego chojaka pozwał; anim się troskał o cirogę za sobą i przed sobą; anim się frasował, że trzeba jeść i dać jeść, że trzeba iść spać i potem znów wstać!... Tak i po co mnie było budzić?!" — A ona w krzyk; — "Po co?!"... — .....Jużci"... — odpowiadam. — "Jużci?!... "Jużci?'.... Toś ty taki sprawiedliwy za moje zabiegi, za moją nużę, by cię zretować?... byś nie zmarniał bez świętej spowiedzi, jako to bydlę, co za płotem trawę je?!... Zaś na to cię Pan Jezus dał na świat, byś ty przed czasem pod ziemię się chował?!... To ja dla ciebie i dla tych sześciorga dzieckowin mało sobie rąk po łokcie nie pourabiam, a ty, jak graf jaki,chcesz wyprządz ?! Toś ty taki sprawiedliwy?!"... I baba obces przymknęła się do mnie, i prask w pysk z jednej strony, prask w pysk z drugiej strony, a siarczyście, aż parzyło!... Krzyknąłem!... Dzieci w krzyk i baba w krzyk: — "Toś ty taki sprawiedliwy?!... Toś ty taki sprawiedliwy?!...."! znowu przymknęła się do mnie, i znowu prask w pysk z jednej strony, prask w pysk z drugiej!...

— I nie mogliście to, kumie Andrzeju, oddać babie choćby na odlew?...

— Takżeście chcieli, kumie Macieju!... Toć we mnie tyle było duchu, co w pietuchu, żeby mnie i dwoma palcami zdusił, — a i do winy się poczułem. Bo i jakże? Tu dzieckowin tyla, tu trzeba kolo gospodarstwa chodzić, na chleb i na zasiew młócić, sieczkę rznąć, a mnie się zachciało spokoju w niebyciu zażyć!... To też wnet zacząłem wołać: — "Daruj, kobieto, daruj!... Zgrzeszyłem!..." — "Nie!... nie daruję ty poganinie zatracony" — odparła i znów prask mię w pysk. aż dzieciom luto nade mną się zrobiło, bo chwyciły matkę za spódnicę, a lamentowały: — „Darujcie, matulu, tatulowi, darujcie!... Mdły jest... ledwie dycha?..." — "Nie!... Nie daruje" powiada — aż poprzysięgnie, jako na świętej spowiedzi, iże o tym omroku swoim nie wspomni aż do śmierci, jaką mu i kiedy Pan Jezus sam przeznaczy!..." A ja w potuł: — „Niechaj kary, Marcycha!... Przysięgam, jako na świętej spowiedzi, iże do śmierci, jaką i kiedy mi Pan Jezus sam przeznaczy, nie wspomnę o tej wygodzie swojej w omroku, chociażby mi to życie nie wiem jak omierzło, a uciecha z wami za mękę nie stała: tak mi, Panie Boże dopomóż!..." I Marcycha, zacności kobieta, że takiej drugiej, pobożnej, zażywnej, a rządnej, w całej parafjiby nie znalazł, poniechała kary.

— No i cóż?...

— A no nic... Na brzuchu mię piekło, wargi paliły, pysk bolał od gorącości, bo baba ma rękę sprawną, alem się zdrzemnął i to rzetelnie, jako w onym omroku błogim: — straciłem czucie. Czym długo sobie przyspał? nie wiem; ale, kiedym oczy otworzył, zobaczyłem, jak moja stoi nachylona nade mną: jedną ręką podnosi mi głowę z poduszki, a drugą podsuwa pod nos śklenicę z gorącością jakąś. Strach mnie obleciał. — "A to co znowu?" — zawołałem. A ona: „Okowitka grzana ze słoniną.!..." Jak nie ryknę: ..Jezus, Marja, Józef!... Kobieto! a toć jam nie warty tyla dobroci twojej!..." I zrobiła się w izbie cichość: jeno dzieci, po kątach pośpione, zarzechotały, jako te żaby w sadzawce po burzy, a moja rzecze słodko: ..Pij z Bogiem! niech ci będzie na zdrowie!..." I wypiłem duszkiem, choć słonina gorąca drapaka lazła przez gardło, a śkło parzyło wargi obolałe... I zrobiło mi się ciepło we wnętrzu, jasno w głowie. Teraz dopiero zrozumiałem, jakom bluźnił. — bo i Boga wszechmogącego, który wie najlepiej, kiedy na człowieka śmierć zesłać, obraziłem, i kobietę a dzieci niebacznie ukrzywdzić chciałem. I zacząłem kajać się po cichu... Baba, rozumiejąc, że może chwieję się na duchu, zawołała twardo: — "A zapamiętaj sobie: poprzysiągłeś!..." Nic nie odpowiedziałem... Wraz ciele zabeczało w oborze; ogarnąłem przyodziewek na sobie, spuściłem się z wyrka na ziemię, nałożyłem czapkę na łeb i powlokłem się na podwórze... Nogi słaniały się podemną. a w głowie szumiało, może od tej okowitki grzanej ze słoniną, a może jeszcze od tych komarów i trzmielów, co mnie oskoczyły na drodze...

— No i cóż?...

— Zaraz, jeno dech złapię...

— Tchnijcie z Bogiem...

— No i widzicie... Robota idzie składnie, jako ta woda w rzece, i zgoda pomiędzy nami jest rzetelna, jakobyśmy dopiero co się pobrali, bo już i na siódme dziecko ma się niechybnie, a i sosenkę na przyciesie spuściłem, choć gajowy przepytywał po wsi, czyja by to mogła być siekiera złamana, co ją znalazł w lesie, całą we krwi?... Jedno mnie tylko martwi, kumie Jędrzeju!... A to od czasu do czasu, gdy napracuję się w polu czy gumnie, albo i troska siędzie na sumieniu, skądby wziąć pieniędzy na podatki, na sól, na buty, na kożuchy, tak mi ten pochwilek, com go łońskiego roku zażył na jesieni, staje na pamięci.... Nie to, bym chciał wyprządz, bo roboty się nie boję; nie to, by mi się ckniło do wczasu dłuższego, niż noc na wyrku, bom nie ślachcic przecie; ale, gdy już taka nade mnie planeta nadciągnie, toby mi się chciało o świecie zapomnieć, a i siebie nie czuć...

— Przyjdzie czas i na to, kumie Macieju!...

— Przyjdzie, przyjdzie!... Ale kiedy?...

— Gdy lata wyjdą... Smierć w pełni lat — to nie dla chłopa: zbytek pański!...

— Pewnie, że!... Ale cóż, skoro mnie ta tęskność od czasu do czasu się ima...

— To ją strząśnijcie z siebie, niby robactwo z drzewa...

— Ja też i strząsam... A wiecie jak?

— Skądżebym miał wiedzieć?

— A no!... wołam na babę i powiadammówię zcicha, aby dzieci nie słyszały; — "Marcycha! praśnij starego w pysk, a dobrze!" — I Marcycha, nic nie mówiąc, zakąszę jeno rękaw i prask z jednej strony, prask z drugiej, aż świeczki mi w oczach staną, a czasem to i pysk spuchnie...

— „Czasem"? — powiadacie...

— Jużci że, bo baba, gdy ją złość odejdzie, co najczęściej zdarza się pod północek, to widzi się dobrą, choć do rany przyłóż; ale za dnia, to już zawsze jest przy swojej sile, przy ambicji. Nie żartować z nią!... O świcie budzi, przed północkiem do łóżka nie puści... A że mnie ta czasem z dobra woli, nie proszona, nie pytana, praśnie w pysk, to i cóż stąd?... Snać o dzieckowiny dba, a i nad człowiekiem zbożnie czuwa, aby się jej przed czasem nie wyprzągł, a przeto i w grzech śmiertelny nie popadł... Zacności kobieta!...

— To możebyście zezwolili, kumie Macieju, żebym ja tak jej pomógł?... Mocny w ręku jestem...

— Co to. to nie: dość mi jednej ręki!... A że sprawiedliwemu sprawiedliwość oddaję, to jeszcze nie racja, aby mnie za głupiego mieć!...

— I ja was też za głupiego nie mam... Przeć wiem, że się i gwiazdom, i chmarom, i planetom, co po niebie chodzą, rozumiecie; ale tak to sobie jeno powiedziałem dla uciechy, dla sporu, bo w duchu, jako i cała gromada, urzewniam nad wami, że baba w was orze...

— A orze; niech jej tam do samej śmierci płuży, niech!... Ale wiecie wy też, kumie Jędrzeju, czemu to tak rado orze się jej we mnie?...

— Nie moja głowa na to; skądżeby zaś?...

— Widzicie!... A mądrzyście!... Bo mnie samemu rado w pługu chodzić...

GOŚĆ KAMIENNY.

Styczeń, r. .

Niekiedy t prawda jest nieprawdopodobną...

Jedynka!... Maluczko, a wracać nią będziesz... — Skąd, „mistrzu"?...

— .Powązki — Mokotów" — odpowiedział ..mistrz", wskazując na tramwaj w biegu.

— Więc co?...

— Nie pochowacie mnie przecię na Bródnie, wśród anonimów życia!..

Ona za całą odpowiedź uśmiechnęła się melancholijnie, prawie boleśnie i powolnym, ociężałym ruchem głowy, zaprzeczyła żartowi niewczesnemu.

Szli dalej, — on, dźwigający krzepko jeszcze i dumnie ciężar wieku, — ona, niesiona lekko i powiewnie płomieniem kwitnącej młodości; szli obok siebie w milczeniu, przemykając się zręcznie pośród ciżby ruchliwej na chodniku i całych szeregów wozów, powozów, dorożek, automobilów, tramwajów, przecinających im drogę do teatru.

W teatrze dawano „Fausta" Gounod'a. Wszystkie krzesła były zajęte; weszli do loży parterowej.

Opera nie wywierała na słuchaczach głębszego wrażenia; śpiewacy, zrekrutowani ze wszystkich stron świata, wywiązywali się ze swego zadania poprawnie, ale bez wyrazu: Faust kochał z nut. Małgorzata podrabiała uczucie, a Mefistofeles łaził po scenie i hukał tubalnym głosem bez cienia satanizmu. Mimo to słuchacze darzyli wykonawców oklaskami: głód wrażeń obniża wymagania smaku estetycznego.

Po skończonym prologu „mistrz" cofnął się w głąb loży; towarzyszka jego, aż dotąd oparta o przedpiersień, poprawiła się na krześle i, sfolgowawszy nerwom, przez kwandrans napiętym, westchnęła głęboko, — Lubisz „Fausta"?"...

— Lubię...

— I ja też się nań godzę... Po twardziznach.

I cierpkościach, po fantazji rozhukanej Goethe'goopera Gounod'a smakuje, jak wyśmienita czekoladka pralinowa, napełniona wonnym likworem czekoladka chrupie w zębach, likwor rozpływa się w ustach — dusza napawa się lotnym olejkiem sztuki; słodycz i elegancja, miast namiętności i mocy!

— „Mistrz" jest dziś surowy...

— Jak Faust, dopóki go Mefistofeles nie zwolnił z sumienia... Głupia koncepcja!.. Cóż to za mędrzec, który przymyka do ust czarę z trucizną, a nie wychyla jej?...

— Wspomnienie dziecięctwa... Pieśń Zmartwychwstania...

— Sentymentalizm!... A i ten Mefistofeles w osobnej osobie, lo też pomysł konwencjonalny, nie godzien genjusza!... Każdy ma w sobie samym własnego swego szatana, z którym się tai... Ja, gdybym był Faustem, wyrzuciłbym za drzwi Mefisrofelesa razem z czarodziejskim jego eliksirem i brnąłbym dalej...

— Może druga młodość?...

— Druga, czy trzecia jest takiem samem głupstwem, jak pierwsza, jeśli zapał pochodzi z temperamentu nieokiełznanego, nie zaś z potęgi ducha, a w młodości nie jest się potężnym duchowo!.

Przez cały akt pierwszy ona wodziła lornetką po scenie, chwytając skwapliwie ruchy śpiewaków i śpiewaczek, tancerzy i tancerek. On, zatopiony w myślach swoich, siedział oparty bezwładnie o ściankę loży. Naraz przechylił się z krzesła ku niej i spytał:

— Więc nie wrócisz jedynką?..

Ona, nie odejmując lornetki od oczu, powolnym ruchem głowy dała odpowiedź przeczącą, ale już bez wyrazu bolesnego uśmiechu.

— Dorożką?..

Ten sam znak przeczenia.

— Może powozem?.. Milczenie.

— Więc pieszo?..

— Ani pieszo...

W tej chwili kurtyna zapadła i publiczność, podniecona żywym rytmem walca, nagrodziła wykonawców burzą oklasków. Światło rozproszyło resztę skupienia w audytorjum. Rozpoczął się ruch i gwar: rozmowy towarzyskie i spory estetyczne toczyły się w głos.

Kilka lornetek skierowało się ku loży parterowej, w której siedziało ich dwoje tylko: — on, w srebrnej aureoli siwych włosów, z suchą, posępną twarzą myśliciela, patrzącego przenikliwemi, buremi oczyma w dal; — ona, w promiennej chwale zaledwie rozbudzonego życia, o lśniących, złotawokasztanowatych w zawój splecionych włosach, z pulchną twarzą zadąsanego dziecka, z aksamitnemi, jak dwa ciemne bratki, oczyma.

— „Ojciec z córką"?.....Nie!"... „Stary mąż z młodą żoną?"... „Też nie!"... „Kochanek z kochanką?"... „Gdzieżby tam!"...

Patrzano na nich z ciekawością, zwłaszcza, iż „mistrz", rzeźbiarz z zawodu, a fantasta z usposobienia, dość znany był publiczności warszawskiej.

Oni — tak przynajmniej zdawało się na pozór — nie zwracali uwagi na otoczenie, ani też zajmowali się sobą wzajem: każde z nich żyło swojem życiem, swojemi myślami, może nawet, sądząc z niezmrugłości oczu, wyłącznie jakąś jedną swoją myślą, Nie wyodrębniali się niczem szczególnem z pośród otoczenia. Mimo to, było ich widać: dusze indywidualne wyłaniają się z pstrego tła głów ludzkich samem napięciem wyrazu na twarzy.

W akcie drugim tenor zdobył się na czysty dźwięk głosu, zastępujący szczerość uczucia, i publiczność, z zapartym tchem w piersi, wsłuchiwała się w rozlewną melodję młodzieńczego marzenia Fausta. "Mistrz" przysunął się z krzesłem do swej towarzyszki i, wskazując na łan głów, kornie pochylonych ku scenie, szeptał z cicha:

— Patrz!... W tej chwili tłum ten ma duszę artystyczną, zdolną do najwyższej ofiary z siebie... Jest to nieświadoma arystokratyzacja uczucia zmysłowego, misterjum ducha... Za chwilę jednak będzie on napowrót zbiorowiskiem egoistów, kłamców, faryzeuszów, łotrów świadomych siebie, — tłumem tylko, zgoła niezdolnym, jak w tej chwili, do życia jedną duszą ideą, jednem uczuciem, tkliwem aż do marzycielslwa, wzniosłem aż do bohaterstwa, rozpacznem aż do tragizmu!... Oto czar muzyki, równy czarowi miłości!... Czemuż jeden, jak drugi, tak krótkotrwały, tak złudny?.'...

— Kto wie, czy nie złuda jest tylko szczęciem? — wyszeptała zwolna.

Tak się złożyło, iż podczas tej rozmowy dłoń "mistrza" spoczęła na obnażonej po łokieć ręce towarzyszki. Ona nie umknęła mu ręki; on nie cofnął dłoni. Po chwili spytał:

— Może przeszkadzam ci słuchać?... Powolnym, nieznacznym ruchem głowy dała znak przeczenia.

Zbliżeni ku sobie w ciemni loży. słuchali dalej. Zdawało się nawet, iż oboje byli teraz wskroś przejęci wybuchem miłości Fausta i Małgorzaty w cudownym duecie.

Naraz "mistrz" wstrząsnął się cały: głowa jego drgnęła nerwowo, oczy zaiskrzyły się blaskiem zdziwienia i radości, usta rozsunęły się do uśmiechu. Zapanował jednak szybko nad sobą i przyczaił się nieruchomo, by nie spłoszyć wrażenia. Żali zmysły gonie uwodzą?... Ależ nie!... Tak jest!... Końcami palców swych, spoczywających bezwładnie na obnażonej prawej jej ręce, wyczuł ciepło delikatnego dotknięcia. To były dwa palce lewej jej ręki, wyciągnięte ku niemu, wydłużone, niewieścio, a raczej dziecięco miękkie. Posunął rękę: jeszcze chwila — i palce ich utonęły w lekkim uścisku. I tak pozostali do końca aktu. On z uśmiechem tajonej radości na ustach, ona z wyrazem marzycielstwa w oku. Podczas antraktu nie zamieniłi z sobą słowa. Po scenie jednak w kościele „mistrz" odezwał się z pewną cierpkością w tonie:

— Wolałbym dziś nie widzieć Małgorzaty w więzieniu...

— Wyjdźmy — odpowiedziała z całą prostotą posłusznego dziecka.

— A nie zrobisz mi jutro w pracowni sceny, iż pozbawiłem cię tylu wrażeń, dekoracyjnie wzniosłych: marsza, pochodu, pojedynku, śmierci i jeszcze raz śmierci?...

— Może zrobię... może nie zrobię... Wyszli.

"Mistrz" odprowadził ją do domu, a potem długo, długo tulal się po ulicach Warszawy, ani myśląc, dokąd dąży, ani wiedząc, skąd powraca, — aż wreszcie, dobrze już po północy, ściągnął do swej pracowni, przy której też miał maleńki pokoik na sypialnię.

Nazajutrz wstał o zwykłej swej godzinie i nieomieszkiem zjawił się w pracowni. Jako człowiek zawodowy, nałogowo niemal wdrożony do swego zajęcia, odrazu, nie rozglądając się po pracowni zmierzył wprost ku drewnianemu, ruchomemu spiętrzowi, na którem wznosiła się ogromna, bezkształtna masa, spowinięta w szmaty szarego płótna. Przystawił do spiętrza male schodki przenośne, wbiegł szybko na najwyższy ich stopień i, nie namyślając się zgoła, zaczął sprawnie a ostrożnie zdejmować z bezkształtnej masy jedne po drugich wilgotne jeszcze płaty. Niebawem też wyłoniła się z pod nich postać niewieścia nadnaturalnej wielkości, prawie naga, zgruba modelowana w glinie.

Co prawda, postaci tej nie zbywało na charakterze, a nawet na plastyce szczegółów, tu i owdzie po mistrzowsku naznaczonych; był to jednak raczej szkic organizmu, niż symbol jakiegoś uczucia szczególnego, czy pojęcia; raczej pomysł, wysnuty z głowy drogą doświadczenia, niż artystyczne odczucie czy przeczucie serca.

Ale i twórca też nie był zadowolony z tworu swego. Zszedł ze schodków i długo przypatrywał musie to zbliska, to z daleka, to z prawej, to z lewej strony, to od światła, to pod światło, lecz do pracy nie zabierał się, wcale. Bo i jakże?... Modelka nie stawiła się na czas, a modelować z pamięci nie sposób! Przez nałogową jednak potrzebę czynu, zaczął miesić glinę w dużej pace drewnianej, stojącej nieopodal spiętrza. W ruchach jego, a nawet w wyrazie twarzy, zwykle spokojnej, ściągniętej, jak pergaminowe oblicza starannie wygolonych aktorów, czy askezą wysuszonych księży, wyczuć można było silne podniecenie nerwowe. Wprawdzie chwilami uśmiechał się nieznacznie do siebie, do jakiejś myśli utajonej, lecz widocznie niepokoił się w głębi duszy.

Po niejakiej chwili odstąpił od spiętrza i rzucił okiem po pracowni. Wielka przestrzeń kwadratowej, wysokiej izby, oświetlonej z boku, wydała mu się pustą, wskroś nieartystyczną, jakkolwiek liczne kopje gipsowe większych lub mniejszych postaci stały to na spiętrzach, to wprost na podłodze, a drobne figury i fragmenty ornamentacyjne, nietylko gipsowe, ale marmurowe i bronzowe, widniały wszędzie: na szafie, na komodzie, na dużym stole okrągłym, na ścianach. Wszystko to jednak, nie wyłączając własnych dzieł jego, naturalnej i nadnaturalnej wielkości, wydało mu się marnem, martwem, szrucznem. Człowiek, podniecony nerwowo szczególnymi przejawami życia, obniża wartość i znaczenie tworów artystycznych.

Naraz drzwi się otworzyły z hałasem i do pracowni weszła butnie modelka.

— Ładne obyczaje!... Czekam od godziny!... Glina mi zeschła!

— Ii!... Wielka rzecz — godzina!... Myślałby kto, że panowie artyści liczą się z czasem...

— Liczą się, czy nie liczą, to ich sprawa, a model powinien być punktualny, bo za to bierze pieniądze.

— Bierze, bo mu się należą... Ale cóż to "pana mistrza" ukąsiło w nocy, że taki zły od rana?...

— Właśnie, że nic nie ukąsiło... Proszę się rozbierać i marsz do aktu!...

— Nawet „panienki" jeszcze niema...

— Jak przyjdzie, to będzie...

W chwilę potem modelka, wyrobiona zawodowo, siedziała na rusztowaniu tymczasowem, naśladującem podsłupie pomnika, — cała naga, zlekka udrapowana muślinową przejrzystą zasłoną. „Mistrz" odrazu jął się modelowania. Praca jednak szta mu leniwie, oporem. Jakkolwiek kompozycja, zwierająca cały organizm jedną linja, była już stanowczo naznaczona, postać wydała mu się źle narysowaną. Rzucił kilka razy przelotnym wzrokiem na modelkę i, nie bacząc na niebezpieczeństwo ponownej pracy, zaczął z pamięci kształtować bryłę.

Około południa drzwi otworzyły się z chrzęstem nienasmarowanych zawias i do pracowni weszła cicho "panienka"

"Mistrz", nie przestając modelować, z miejsca zagadnął uczennicę swoją, a wczorajszą towarzyszkę z teatru:

— Cóż tak późno?... Może znowu źle się spało?

— Ani źle, ani dobrze... Jak zwykle, "mistrzu"!... Zresztą, pocóż miałam się śpieszyć?.... Pracownia nie ucieknie, a ja. tak czy owak, figury dziś ani jutro nie skończę., — Ale akt czeka... Do roboty, miły leniuchu!...

„Panienka", nie zwlekając, zrzuciła z siebie żakiet za wielką, ciężką kotarą, tworzącą rodzaj alkowy w rogu pracowni i w chwilę już potem, stanąwszy przed swojem spiętrzem, wprawnie rozpowijała figurę półnaturalnej wielkości z mokrych szmatków płótna. Glina była dostatecznie mokra, więc do modelowania zabrała się odrazu. Twór jednak nie zadowolił jej w pełni. Postanowiła przekomponować figurę w linji ogólnej i w tym celu zaczęła przypatrywać się uważnie modelce, ociężale siedzącej w pozycji. Po chwili odezwała się tonem zdziwienia w głosie:

— Co widzę?... „Mistrz" znowu zmienił pozycję...

— Znowu... Albo mi to nie wolno?...

— Wolno, niewolno — ale jeśli tak dalej pójdzie, to dzieło mistrza" nie będzie na czas, a moja „Melancholja" całkiem roztopi się w glinie...

— Czas jest fikcją, więc ja spieszyć się nie potrzebuję, a twoja „Melancholja" przy dłuższej obserwacji zyskać tylko może na pogłębieniu wyrazu... Czyż nie widzisz, jak panna Weronika dopiero dziś prawdziwie melancholijnie nudzi się w pozycji?...

— Istotnie, nie zauważyłam...

— Nie dziwi mnie to wcale... Wy, kobiety, jesteście zdolne zauważyć odrazu brak jednego z dwudziestu cztrech guzików, czy bąbelków u stanika sąsiadki, a nie widzicie tragiedji na jej twarzy...

— Niech i tak będzie, skoro tak jest... Ale istotnie panna Weronika ma dziś więcej, niż normalnie melancholijny wyraz... Wesołego zmartwychwstania!...

— Łatwo to żartować — odpowiedziała modelka — kiedy się samemu robi tylko dla zabawy!.. Żeby tak "panience" przyszło siedzieć w pozycji kilka godzin z rzędu, to byśmy zobaczyli, czyby jej było wesoło?... Psia służba za psi kawałek chleba!...

Nastało milczenie. Po chwili słychać już było tylko kroki „mistrza" i „panienki", automatycznie drepcących po stopniach schodków przy spiętrzach, i. od czasu do czasu, plaskanie mokrej gliny, narzucanej z rozmachem na pilnie modelowane figury. „Mistrz" co jakiś kwandrans odkręcał pannę Weronikę na ruchomej stolnicy spiętrza to twarzą, to plecami, to jednym, to drugim bokiem, to znów twarzą ku światłu, by módz kształtować postać równocześnie ze wszystkich stron. Po godzinie odpoczynek kilkuminutowy w milczeniu, i potem znów godzina pracy, i potem znów godzina...

Upływały dni, może tygodnie całe, a praca, podejmowana naprzemian gorączkowo lub flegmatycznie, to posuwała się o jakiś nowy szczegół w plastyce naprzód, to znów cofała się o jakiś brak w pomyśle wstecz, odpowiednio zmianom w modelowaniu poszczególnych kształtów czy też w układzie ogólnym samej kompozycji. Nie wiodło siej obojgu...

— „Mistrzu" — spytała uczenica pewnego dnia, jakby od niechcenia — czy i MichałAnioł przy modelowaniu dłubał tak powoli?

„Mistrz", może dotknięty pytaniem zlekka złośliwem, może niepewien swego sądu, w chwilę dopiero potem odpowiedział sucho:

— Pewnie, że dłubał, przynajmniej wtedy, gdy mu zależało na formie skończonej, jak w „Mojżeszu", jak w "Pieta", jak w postaciach alegorycznych nagrobka Medyceuszów, a zwłaszcza w tak zwanej „Nocy", która jest arcydziełem wyrazu duszy przez plastykę mięśn i...

— Tak, ale termin konkursu się zbliża...

— Konkurs jest głupstwem, wynalezionem przez umysły administracyjne dla talentów banalnych, zdolnych płodzić byle co na zamówienie!.. Jak świat wielki i szeroki, z konkursu nie wyszło jeszcze arcydzieło...

— Innego podobno sposobu niema — przynajmniej u nas...

— Jakto niema?... Jeśli społeczeństwo chce uczcić pamięć któregokolwiek ze swych gienjuszów, to niech potrząśnie dobrze workiem i wprost zamówi pomnik u tego z artystów, którego na razie uważa za najlepszego... Ja nie rzeźbię na konkurs!... Przypadkiem złożyło się, iż postać moja wyrażać by mogła cząstkę duszy Chopina, jak "Noc" MichałaAnioła wyraża cząstkę duszy Medyceusza, — lecz i na tym koniec!...

— A jednak ..mistrz" musiał przedtem myśleć o Chopinie...

— Pewnie, żem myślał, alem nic nie wymyślił... Pomnik Chopina!... Alboż ja wiem, co to ma być?... Posągowość rzeźby, anekdotyczność literatury, czy nastrojowość muzyki?... Jedna figura?... To za mało na dyletanckie nasze poczucie sztuki!... Kompleks figur?... To barok, nie licujący z pojęciem rzeźby w wielkim stylu!...

— Możnaby dać samą postać Chopina...

— Postać?... Chopin w swojej własnej osobie nadaje się raczej do karykatury, niż do posągu... Przegrana to sprawa!"

— Więc muza?...

— Tak i nie... Raczej symbol: pytanie tylko, którego? jakiego Chopina?". Tego od poetów sielskoanielskich z fujarkowatem natchnieniem w pastuszkowatej formie, czy też tego od starych panien romantyczek ze łzą tkliwości w sercu, z mgłą melancholji w duszy?...

— Tak go sobie całe niemal społeczeństwo wyobraża...

— Bluźnierstwo!... Jakto?!... Więc o tak wiotkiem i niewyraźnem skrzydle możnaby było oblecieć cały świat wokół?... Więc gienjusz, tak nędznie uposażony w znamiona energji męskiej i potęgi duchowej, mógłby przetrwać stulecie największych przewrotów społecznych i umysłowych, i z mocą spiżową stać na rozdrożu pojęć estetycznych?... Jakto?!... Więc pomiędzy niepożytym duchem jego a trwałem życiem narodu jest taki rozdżwięk, iż wyrazić go można jedynie łkaniem rozszlochanej duszy?..

— Dusza jego jednak łka, — nawet poprzez blaski uśmiechu...

— Łka, łki!.. Ale, czy słyszysz, jak wesoło snuje on pierwsze dźwięki niefrasobliwego swego dziecięctwa; z jaką namiętnością wyrzuca z siębie każdy poryw miłości młodzieńczej; z jakim zapałem daje się nieść wezbranym falom życia; z jakim majestatem wyniosłym wiedzie rycerzy w bój, czy z boju; z jakim rozmachem skrzydeł pędzi w przestworza fantacji legend i baśni; z jaką mocą ducha staje świadomie nad przepaściami coraz innego losu wyrocznego i — za siebie, za naród, za ludzkość może — w kilku dźwiękach, zalterowanych dysonansem, złamanych rytmem czy nagłą pauzą, daje wyraz skończony całej tragedji bytu?.. Że czasem nuci smutnie, że czasem urzewnia sobie łzawo nad powszedniemi troskami życia, to jeszcze nie dowód, aby to miała być chora dusza w chorem ciele!... Pieśń jego idzie z rozdartej piersi, ale pierś ta jest wielką!... Muza Chopina!... Tak, to moc ducha, odlana w śpiżowej formie harmonji, a raczej zaklęta w spiżową harmonję formy!... Nie dodać mu jednego dźwięku, nie ująć mu jednego akordu, nie wypełnić mu jednej pauzy, łamiącej znagła tok melodji, — bo wszystko u niego wiąże się w skończoną linję kompozycji. bo wszystko mieści się w jednem ziarnku charakterystycznem, w jednem słowie natchnienia, które świadomie stało się ciałem!... I stu figur nie starczyłoby na pomnik jego twórczości.'...

— Wszakże „mistrz" zdecydował się już na jedną...

— Tak, ale czy odda ona to, co w nim jest wiecznotrwale: szczerość uczucia, przy całej świadomości — rozumiesz? — przy całej świadomości środków technicznych ?...

— Czemużby nie miała oddać?...

— Czemu?... Bo nie jestem pewien formy...

— Skromność nie na miejscu chyba...

— Mylisz się: nie skromność to, lecz poczucie siły w stosunku do zamiaru... Płynny bowiem rysunek melodji, podparty barwną harmonją, to jeszcze nie cały Chopin!... I inni muzycy tworzą podobnie... To też, by oddać dobrze fizjonomję Muzy Chopina, trzeba sięgnąć głębiej w jego duszę i wydostać z niej to, co na dnie jej drga i drży nieuchwytnie może dla umysłu, lecz aż nadto wyraźnie dla ucha serca...

— A tem jest?...

— Indywidualność uczucia — melancholja bohaterska a twórcza, tęsknota odwieczna jednostki, narodu, a może i ludzkości — żal, żal rozpaczny, iż przy całej mocy ducha nie można nawrócić z drogi przeznaczenia!... I ja żal ten chcę wyrazić... Wyrażę go, — zobaczysz'....

— Nie wątpię, ale kiedy?...

— Będę miał czas martwić się, gdy termin konkursu minie, a mój "Żal" nazajutrz dopiero stanie się czynem artystycznym...

Lecz i tyle było pracy jego na dzień dzisiejszy. Zwolnił pannę Weronikę przed czasem z seansu, powiódł raz i drugi roztargnionym wzrokiem po pracowni i w chwilę potem stanął przy uczennicy, która właśnie spowijała swoją figurę w mokre płaty.

— Ale, czemu to mój leniuszek przestał naraz modelować? — spytał znagła.

— Przedewszystkiem, niema już panny Weroniki, a pozatem nie czuję dziś w sobie powołania do „Melanchoiji"...

— Tej czasowej, przez siebie skomponowa nej, czy też tej przedwiecznej, naturalnej, której ani kupić, gdy się jej niema w duszy, ani sprzedać, gdy się ją ma?...

— Dziś, mówie, nie czuję powołania do „Melanchoiji"...

— Więc do śpiewu, śmiechu, wina?...

— Ani nawet do... tańca!...

— Czyżby leń cię znowu obleciał?..

— Wstyd mi przyznać się...

— Niepotrzebne zastrzeżenie: leń jest równie miłym i dobrym towarzyszem człowieka, jak sen: — trzeba tylko umieć go zażyć w porę a rozumnie...

— To jest?

— Marnując czas, szczędzić siły, marnując siły, szczędzić czas...

— I co na dziś wypada?...

— Oboja uciecha...

— Moglibyśmy więc zaśpiewać zgodnie duet pożegnalny na cześć zmarnowanego seansu...

— Wyborna myśl!... Gips, glina i duch normalnej panny Weroniki będą naszymi nieczułymi słuchaczami... Estradę zrobimy sobie z otomany: jest to jedyny sprzęt paradny, okazale banalny, godzien pracowni artystycznej, w której nieświadomie tworzy się arcydzieła czasem, a świadomie próżnuje się... często. Chcesz?

— Owszem — odpowiedziała tonem dziecka godzącego się na każdą zabawę.

I poszli na otomanę pod olbrzymiem kwadratowem oknem, zajmującem wielkiemi, obramowanemi taflami szklanej swej powierzchni trzy czwarte ściany zewnętrznej od podwórza. Okno wychodziło na rozległe przestworze słabo zabudowanego Powiśla; pracownic zalegała cisza zupełna.

Siedli, Nastąpiła długa chwila milczenia. On, z łokciami opartemi o kolana, z głową utopioną w dłoniach, patrzył uparcie w ziemię; ona, w pozycji półleżącej, z nogą założoną na nogę, z głową bezwładnie opartą o wysoką, miękką poduszkę otomany, zapatrzona szeroko otwartemi oczyma w sufit, bawiła się rękami swemi, skubiąc delikatnie palce, jeden po drugim.

— Wy, kobiety — odezwał się „mistrz" pierwszy, nie podnosząc głowy — jesteście od nas szczęśliwsze... Zdaje się wam, iż w sztuce można coś zdziałać talentem samym, zapałem serca, porywem wyobraźni!... Wyobraźnia wasza jest lotna; — ale cóż?... ani świadoma dróg niebieskich, ani przystosowana do prawd ziemskich: — wisi w powietrzu... I twoja „Melancholja" ma dużo poezji, ma dużo wyrazu w twarzy, jest nawet dobra w ruchu ogólnym postaci. Ale zadałażeś ty sobie pytanie, czy głowa jej przy tem pochyleniu nadmiernem nie zleci z karku, czy ręka prawa nie zdrętwieje w tym skurczu, czy ręka lewa nie odpadnie od ramienia, czy nogi, przy powstaniu całej postaci, zdołają utrzymać tułów na sobie, czy oba kolana należą do jednej i tej samej osoby?...

— Z jednej i tej samej panny Weroniki robimy przecie — odpowiedziała, nie odrywając oczu od sufitu.

— Tak, ale nie jednemi i temi samemi oczami na pannę Weronikę patrzymy... Każde z nas co innego widzi: ja widzę w niej postać banalną, normalną i proporcjami jej mierzę ściśle porywy fantazji; ty widzisz w niej postać pospolitą, brzydką i kształty jej mierzysz fantazją... Ja liczę się z doświadczeniem i prawami natury, ty liczysz się tylko z porywem talentu swego... Mnie fantazja słuchać się musi. ty słuchasz się fantazji... Masz temperament, ale nie chcesz łamać się z sobą...

— Wiem, wiem... Wciąż to samo: kwestją formy...

— Kwestją formy! Kwestją formy!... I tu jest różnica zasadnicza pomiędzy twórczością impulsywną kobiety a artyzmem twórczym mężczyzny... Jak w życiu, jak w miłości nawet, tak samo w estetyce, w sztuce, jesteście dalekie wszelkiej wynikliwości... Chwila jest dla was wszystkiem... Niewolnice konwenansu w drobiazgach, nie chcecie czy nie umiecie liczyć się z nim w wypadkach wielkiej wagi... Wrażenie was niesie, cel neci, logika przeraża!... Forma to logika, to wynikliwość kompozycji, natchnienia, bodaj nawet wskroś rozpętanego w założeniu pierwotnem... I stąd dla was poezją twórczości jest samo napięcie, wyraz uczucia, niezależnie od krępującej formy; dla nas twórczością jest poezja formy, jedyna rzecz wieczna, ziszczalna w rzadkich tylko arcydziełach sztuki, w rzeźbie greckiej, w architekturze gotyckiej, w muzyce Bacha, a po części i Chopina — ale też i niezniszczalna!... Nie gienjuszu, nie sił fizycznych wam brak, ale skupienia się celowego w sobie, hartu duszy!... My tworzymy przez przystosowywanie woli swojej do warunków naturalnych twórczości i życia, i dlatego, wraz z uczuciami, obrazami, ideami, wydajemy z siebie właściwą im formę, przez którą działają one, istnieją, żyć mogą wiecznie... Wy tworzycie poza warunkami naturalnemi sztuki i organizmu, i dlatego wydajecie z siebie osobliwe uczucia, obrazy, idee, ale w formie spaczonej, niepodatnej istnieniu trwałemu, życiu wiecznemu... I ty też, jeśli chcesz w swojej „Melancholji" być sobą, przestań patrzeć na pannę Weronikę... Jedno z dwojga bowiem; albo model i logika albo wyraz fantazja...

— I to jest nasz duet pożegnalny na cześć zmarnowanego seansu?

— Do duetu daleko; śpiewałem sam sobie, nie bacząc na wrażliwość słuchacza, a raczej słuchaczki... Lecz może słowa moje uraziły cię niemile?...

— Nic nie mówie, „mistrzu"!...

Zawsze zamknięta w sobie, zawsze tajemnicza, jak toń jeziora,toń lśniąca, igrzywa w świetle słonecznem, — matowa, posępna w blasku księżyca, — powabna, ciepła dla szczęśliwych, — przerażająca, zimna dla zrozpaczonych... W nią to moie zapatrzyłaś się, kształtując swoją duszę?...

— Nie zaglądałam w toń jeziora...

— Spójrz w lustro, a wyraz oczu twoich pokaże ci ją w wiernem odbiciu...

Teraz dopiero, nie przestając bawić się palcami, oderwała wźrok od sufitu, podała tułów nieco naprzód, opuściła głowę i spójrzała na "mistrza". W głębi oczu jej mienił się aksamit lubości, skąpany w wilży marzycielstwa: spojrzenie tchnęło słodyczą i smutkiem.

"Mistrz" drgnął, ale szybko zapanował nad sobą i wzrokowi jej dotrzymał pola.

— Patrzysz... Chcesz, bym cierpiał bardziej jeszcze?...

— Ja nic nie chcę...

— Nic... I to mnie pobiją odpowiedział przygnębiony, poczem ujął ją za rękę i nagle pochylił głowę. Ona ruch ten zrozumiała odrazu i w pierwszej chwili nerwowo szarpnęła rękę w tył; wnet jednak otamowała wzruszenie i z całą swobodą, z całym spokojem istoty pewnej siebie, podała mu, a raczej podsunęła rękę pod pocałunek, który zawisł był w powietrzu. I on już ręki jej nie puścił...

Słońce jesienne miało się ku zachodowi; pracownia tonęła w świetle złotawem, ożywiającem w pewnej mierze martwe postacie gipsowe, mieniącem się gdzieniegdzie ostro na gładzi figurek marmurowych, oślizgającem się wężykowato tu i owdzie po krawędziach bronzów zaśniedziałych. Od gęstej, żółtawej tkaniny wełnianej, przesłaniającej umyślnie, dla względów optycznych, dolną kondygnację okna, mrok, ciepły w tonie, padał na otomanę.

Upłynęła długa chwila, zanim "mistrz" przerwał milczenie:

— Śliczną masz rękę, wydłużone palce... Koronki ci niemi wić, na harfie grać, a nie miesić glinę i bryły kształtować!...

— „Mistrz" zanadto łaskaw na mnie... Koronki wić!... A może pończochy robić?...

— Nie chciałem cię urazić... Przed chwilą mówiłem dużo, może zadużo o twórczości kobiecej wogóle: puszczałaś cierpkie słowa moje mimo uszu...

— Słuchałam uważnie tych, które chciałam słyszeć...

— Teraz dałem się unieść popędowi rozkoszy i słowa moje wzięłaś za ujmę, uczynioną talentowi swemu... Nadmierna drażliwość!... Masz talent — niezawodnie; przewiduję nawet, iż z czasem w warunkach sprzyjających, stworzysz arcydzieło, jeśli nie prawdy czy piękna, to uczucia i wyrazu... Nie obce są mi braki twego talentu, ale znam też i siłę jego... Powiem ci o nich więcej przy sposobności...

— Czemu nie dziś?...

— Dziśa nie mam powołania do pedagogji, czy dydaktyki... Będę jednak snuł dalej... Znam twój talent.niezrównoważony jeszcze, nie sformowany — i kocham go... Spłonęłaś! Jestem twoim nauczycielem — i to mi wolno... Powiem ci jednak więcej... Nie znam twej duszy i — kocham ją... Jako artystaplastyk, powinienbym był wpierw może zauważyć w tobie osobę fizyczną, niż duchową, dziwnie nadobną, dziwnie usposobioną... Dziwnie!... Sam nieraz zadaję sobie pytanie, kto ty jesteś?... Śmiejesz się z całego serca, głośno, jak tęga, zdrowa dziewczyna, a uśmiechasz się tajemniczo, wpół szyderczo, wpół boleśnie, jak kobieta doświadczona przez życie, kryjąca może zdradę na dnie duszy... Jesteś łagodna, zrównoważona, a mimo to oczy twoje, pod wpływem chwilowego podrażnienia, umieją zapłonąć żarem gniewu, czy namiętności... Mówisz zcicha, nieśmiało, jak winowajca, przyłapany na gorącym uczynku przestępstwa, a usta twoje potrafią niekiedy złożyć się do wyrazu szyderstwa okrutnego, czy klątwy...

— I zabićbym mogła!..

— Nie wierzę... Masz zbyt dźwięczny głos, zbyt wilgne spojrzenie, zbyt leniwe ruchy...

— Chwila stanowi o czynie...

— Tak, ale nie o charakterze... Zresztą, tę duszę tylko stać na zbrodnię w uniesieniu, którą stać na uniesienie w miłości, a ciebie nie posądzam o taki wybuch temperamentu... To też i teraz, jak przedtem, zadają sobie pytanie: kto ty jesteś?...

— Na codzień jestem smutna...

— Uległaś bo może jakiejś niepowetowanej katastrofie życia?...

— Jestem smutna z natury...

— Raczej to... Cokolwiekbądż jednak, najpierw zobaczyłem twoje oczy trójbarwne, niby dwa aksamitne, ciemne bratki, przez które, zdawało mi się przynajmniej, iż widzę niekiedy przezierającą ukradkiem duszę...

— Szkoda, iż dusza nie przeziera naprawdę: nie trzebaby było mówić za nią...

— Nie żałuj!... Gdy potrzeba, umie ona jakiemś spojrzeniem przejmującem, jakimś uśmiechem tajemniczym, jakiemś westchnieniem cichem powiedzieć więcej, niż całym słownikiem mowy ludzkiej, razem z gramatyką, składnią i stylistyką... Ale dopiero przez pryzmat uroczych oczu zobaczyłem dorodne kształty twoje i dlatego tak późno, wstydzę się to wyznać, pokochałem je... Spłonęłaś!... A jednak nie chciałem urazić dziewiczej skromności twojej jakiemś słówkiem niebacznem. Powiedziałem to, co mi leżało na sercu... I nie byłabyś artystką z duszy, gdybyś znaczenia prawdziwego tych stów w ustach artystyplastyka nie rozumiała... Kształty mają indywidualne swoje proporcje, a przez to indywidualne piękno, indywidualna duszę, któremi czarują...

— Byłażby to poezja formy?...

— Niezawodnie, przynajmniej w oczach tych, którzy przez pryzmat miłości na nią patrzą...

— Podobno miłość jest złym sędzią...

— Tak, ale wybornym artystą. Umie przesadzać zalety, skrywać wady... Tak czy owak, jednak dziś już duszy twojej od kształtów nie oddzielam... Cala, jak jesteś, jesteś jako "plastr miodu" na mą duszę zbolałą, starganą burzami życia, walkami wewnętrznemi, pragnieniami niedościgłemi, upokorzeniami, przeniesionemi z lekkiem nibyto sercem... Kocham cię całą, jak jesteś: nadobną, zagadkową, dziwną!... Nie byłabyś kobietą, gdybyś o tem nie wiedziała, jakkolwiek tem słowem: „kocham", mówię ci po raz pierwszy po dwóch czy trzech leciech stosunku przyjaznego i poufałego, który, wskutek wspólnej pracy, pomiędzy nami się wywiązał... Kocham!.. A może ja kocham się w tobie?.. Spłonęłaś znowu!... Słowo padło znienacka... Przepraszam... Lecz czemu usta twoje zwarły się bardziej w milczeniu?... Powstrzymałaś gniew czy śmiech?...

— Nic... nie... mówie, "mistrzu"!...

— Nic... Może i lepiej dla mnie — dodał z rezygnacją.

W tej chwili słońce zapadło za widnokrąg.

Czerwony poblask dnia rozlał się po całym widnokręgu i szeroką, zlekka zaróżowioną smugą czepił się sufitu pracowni. Lampa metalowa z wielkim kloszem szklanym, matowobiałym, wisząca u sufitu na mosiężnych łańcuszkach, mieniła się przeblaskami niejako złota, bronzu, perłowca, kryształu. Cały dół pracowni toną! w cieniu, ponad który gdzieniegdzie wychylały się dziwacznie białe, martwe głowy figur gipsowych, sterczących na spiętrzach lub wprost wyrastających z podłogi. Omdlewające światło dnia w ostatnim wysiłku cofało się zwolna ku górze, ustępując miejsca tajemniczemu mrokowi wieczoru. Nic nie mąciło spokoju i ciszy pracowni.

Naraz „mistrz" westchnął głęboko, jakgdyby dla rozszerzenia piersi swej na miarę bojownika, i zaczął głosem nieco podniesionym:

— W ciągłej walce z sobą samym, w ciągłej rozterce z otoczeniem faryzeuszowskiem, ze społeczeństwem małodusznem a pretensjonalnem, stałem się, jak on odyniec, samotnie po lesie chodzący, który kłem ostrzonym coraz to o inny pień dębu twardego, strąca z swej drogi warchlaki natrętne!.. Ale cóż?!... Obleciało ze mnie wszystko, czem się przez życie swoje cieszyłem: i miłość chimeryczna, i przyjaźń nie dotrzymująca wiary, i rodzina, wymagająca poświęcenia a niedająca siebie wzamian, i patrjotyzm, przeinaczony w dążeniach a bez woli, i religja, zakrzepła w dogmacie a bojująca o posiadanie ziemskie... Ze wszystkich bodźców życia pozostała mi jeno tęsknota, ta wielka, chłończa, przetapiająca wszystko — miłość, przyjaźń, uczucia rodzicielskie, patrjotyzm, religję — na niepożyte tworzywo słowa, dźwięku, farby, marmuru czy bronzu, na czyn artystyczny... Tak... Ale, by tworzyć, wypełniać siebie ideą. albo ideę sobą, trzeba zbyć wszelkiej troski życia, materjalnej, czy moralnej; — w przeciwnym razie zmysłowa, obezwładniająca tęsknota serca trapić i wypierać będzie bohaterską, twórczą tęsknotę duszy... I żegnaj sztuko!... Tam kończy się artysta, kwintesencja samolubstwa, gdzie zaczyna się człowiek towarzyski, ofiara serca... Sztuka nie znosi rywalki: zwycięska, oddaje się sama, — zwyciężona, odwraca się od kochanka z pogardą... I ja tej chwili dożyłem!...

— „Żal" przeczy temu...

— Mylisz się... "Żalu" niema jeszcze, i kto wie, czy kiedykolwiek będzie?... Człowieka czuję w sobie, nie poetę!... Samotność jest rozkoszą dusz twórczych lub zmęczonych... Mnie tymczasem osamotnienie zaciężyło!... W ciszy pracowni, miast tężeć, płonąć, zacząłem sentymentalizować... Nie śmiej się!... I tobie pewnie, jak wielu innym, wydaje się, że jestem szorstki, twardy, nieugięty... Jestem taki, gdy walczę z otoczeniem a nawet z sobą samym; gdy mierzę się na siły z podrabiaczami ideałów; gdy chcę miejsca pod niebem dla tęsknoty swej duszy!... Ale w pustych, — wybacz mi to słowo! — w pustych chwilach życia, gdy ciekawość serca bierze górę nad wolą artysty, tęsknię za łzą oka życzliwego, za dźwiękiem głosu serdecznego, za drgnieniem uśmiechu przyjaznego, za ciepłem uścisku pieściwego... I wtedy jestem, jak dziecko, które cieszy się tęczą słońca w bańce mydlanej, zwierza się z trosk swoich i radości kwiatkom, napotkanym po drodze, ugania się aż do znużenia za motylami barwnemi...

Dopóki nie zapragnie lalki, albo karmelka na zmianę...

— Niezawodnie... I ja też przekonałem się wrychle, że to nie dla mnie zabawa... Co prawda, i dziś jeszcze, przy lada sposobności, przy chwilowem bodaj niezadowoleniu z linji, czy bryły posągu, uciekam z pracowni, uciekam od siebie... Ale cóż?... Wybiegam na ulicę, naprzeciwko ludziom — i nie widzę ich; pędzę do parków i ogrodów, a one mnie przyjmują obojętnie; patrzę szeroko rozwartemi oczyma na naturę wielką, a ona jest bezduszna; słucham szumu drzew, a one nic nie mówią; potrącam, zaczepiam po drodze kwiatki stubarwne. a one mi nie odpowiadają.

— Czyżby natura mogła się znudzić artyście?..

— Znudzić — nie; ale stracić może rzekomą indywidualność swoją... Wielkość, mądrość, piękno mistyczne przyrody — to wielkość, mądrość, piękno mistyczne artysty, poetyczną duszą swoją w niej mieszkającego... Lecz, pewnego razu, w tych pogoniach jałowych za wrażeniami od zewnątrz, dobiłem się celu... W parku, pośród jodeł potężnych a smutnych, rosła kępa świeżo zasadzonych, czy przypadkiem zasianych bratków, — nie owych, polnych, dzikich, skromnych, ale tych rasowych bujnych w rośli, barwnych w kwieciu. Jeden szczególnie zwrócił na siebie moją uwagę. Wszystkie trzy kolory jego kwiatu były tak silnie napięte, iż wzajem przydawały sobie mocy, i tak mieniły się odcieniami głębokiego a ciepłego aksamitu, iż barwę jego białą brałem za fjoletową, ciemno zieloną za bronzową, a czarną za granatowobłękitną, z żółtawym djamentem, niby blask światła na źrenicy oka, pośrodku... Przypominał on mi marzące, smutne oczy twoje... Chodziłem odwiedzać go codzień... Patrzał na mnie... Zdawało mi się nawet, iż był mi rad... A gdy krzew doszedł pełni rozkwicia, zerwałem zeń kwiat uroczy i posłałem ci go w liście bezimiennym... Było to wiosną, — jakieś pół roku temu... Nie wiem nawet, czy rąk twoich doszedł?...

W tej chwili spokojna, cicha aż dotąd uczennica, szarpnęła się na otomanie, chwyciła szybko oburącz medaljonik, zwieszający się jej z szyi na złotym łańcuszku, otworzyła go nerwowo i dźwięcznym, radosnym głosem, jakgdyby rozśpiewanego dziecka, spytała:

— Czy ten?...

I "mistrz" osunął się z otomany, ukląkł na ziemi, przycisnął się mocno ustami do jej kolana i w chwilę potem szybkim ruchem pocałunków nerwowych, przebiegi całą jej nogę. aż do końca małej wytwornej stopy.

— „Mistrzu"!... — uderzyła w głos. a w głosię tym był okrzyk przestrachu, zakłopotania, radości. Niebawem jednak otrząsnęła się z wzruszenia i z całym spokojem już istoty zrównoważonej, podała mu obie ręce.

On pochwycił je gorączkowo i mówił w uniesieniu:

— Dziecko moje — boć ty jesteś dzieckiem ducha mego!... Jakże małym czuję się w tej chwili wobec tajemnicy duszy twojej!... Bo i cóż mógłbym ci dać wzamian?... Życie? smierć?... Doświadczenie? niebyt?... Doświadczenie, które powściąga? Niebyt, który zatrzymuje?... Niezawodnie, umiałbym i chciałbym może być przy tobie niewolnikiem... Lecz na co ci niewolnik, zdolen zerwać kajdany przemocą jeno ducha? Więc panem?... Człowiek doświadczony może panować nad sobą, nad zmysłami, nad myślami nawet swemi, ale nie nad kobietą, gotową najcudniejszy skarb duszy przemienić naraz w bańkę mydlaną!... Bo i czemże jest ten objaw czarowny jakiegoś uczucia tajemnego, którego dowód dałaś mi przed chwilą?... Fantazją, może kaprysem dziecka, biorącego złudę wyobraźni za rzeczywistość... Zdobyłaś się na nią przez talent swój. przez poczucie poezji. — poezji nawet w życiu, — ale nie przez ciekawość serca pragnącego... A pozatem cóż?... Tobie do świata, mnie od świata!... Zaliż mógłbym, zaliż śmiałbym złamać ci życie, kładąc się pod stopy zwycięskiej, promiennej twej młodości?... Odpowiedz sama!..

— Już późno, „mistrzu"!... W omroku wieczoru zginęły wszystkie kształty; nawet bronzy się nie świecą...

— Więc?...

— Czas do domu...

— Ha, idź!... Noc daje niepamięć. Prześnij chwilę, prześpij świadomość... Jeśli jutro już zapomnisz o nich, nie zdziwię się... Każde jutro kaprysowi kobiety przynosi nową podnietę...

— A mężczyźnie?...

— Jutro, — jak wczoraj, jak dziś, — zastaniesz mnie przy „Żalu", może mocniejszym, może słabszym odeń, ale nieprzejednanym wobec siębie samego...

Upłynęły dni, może tygodnie cale, a praca, — ta praca artystyczna, która, zaczęta, przejmuje rozkoszą, skończona, daje rozczarowanie, — nie posuwała się naprzód. „Mistrz" patrzał obojętnem okiem na n o r m a I n ą, mdłą postać sennie pozującej panny Weroniki i mocował się tylko z formą swego „Żalu"; uczennica przypatrywała się tylko wprawdzie ciekawie normalnej głowie panny Weroniki, ale wciąż w pamięci czy wyobraźni szukała rysów i wyrazu twarzy dla swej „Melancholji". „Mistrz" był widocznie zły, — uczennica była widocznie zniechęcona.

— Podobno kużde ziele ma swoją usposobiałość — odezwała się panna Weronika, przerywając nudę milczenia ogólnego w męczącej bezczynności.

— Bo co? — spytał „mistrz" szorstko.

— Bo „panienka" patrzy, patrzy, a nie widzi tego, coby chciała zobaczyć, a "panmistrz" chce widzieć to, na co nie patrzy...

— Tak właśnie być powinno — mruknął „mistrz" pod nosem i, mocniej tylko zasępiony, modelował dalej, „Panienka" uśmiechnęła się na razie ironicznie, lecz pracy nie jęła się raźniej; przeciwnie — opuściła bezwładnie ręce na kolana. Tak się jednak złożyło, iż po chwili, z głową nieco podaną naprzód, z uśmiechem tajemniczo błąkającym się dokoła ust, z oczyma uparcie patrzącemi w dal bezwiednie, przez naśladownictwo nerwowe całej postaci, siędziała w pozycji, ktorą panna Weronika miała uzmysławiać dla "Żalu", Twarz jej nabrała znamienia smutku beznadziejnego, postać ułożyła się w linję płynną kompozycji doskonale zarysowanej.

Chwila wyrazu trwała krótko, ale „mistrz pochwycił ją w lot prawie i kilkoma dotknięciami sprawnych palców, zaznaczył szkicowo na twarzy swego modelu w glinie. Poza tem, nie wypuszczając z rąk szpachli, nie odstępując ani na krok od spiętrza, niby czujny myśliwiec, ze strzelbą gotową do strzału, wyczekujący za pniem drzewa chwili tokowania głuszca, z zapartym oddechem, ze zmarszczonemi brwiami, ze skupionym celowo wzrokiem, mierzy! z poza bryły swego „Żalu" tę postać kształtną a mocną, nadającą się cudownie do kompozycji przezeń wymarzonej. Widział w niej niejako duszę swej formy — tej formy, której, co prawda, nie było jeszcze, ale która mogła się objawić odrazu, dzięki warunkom szczęśliwym. I w myśli też zaczął tę postać jej wyzwalać z szat, rozbierać do naga.

Niebawem i uczennica poczuła gorączkowy wzrok jego na sobie. Spłonęła, sposępniała, wytrzymała jednak chwilę; wyraz wprawdzie prysł, ale ogólna linja ruchu pozostała.

Wystarczyło to „mistrzowi". Porwał ze stolika większą szpachlę i, nie tracąc czasu na zbędny już namysł, zaczął postać swą okrawać z bryłowatości nadmiernej, zarysowywać kontur ogólny, rozkurczać i wydłużać członki, przyginać i odginać linję. W pracy jego jednak czuć było pośpiech gorączkowy: przestawanie raczej z myślą swoją, niż z otoczeniem. Na uczennicę spogląda! ukradkiem tylko, jakgdyby w obawie spłoszenia jej rozpłomienionym wzrokiem swoim; — na pannę Weronikę, która znudzona bezczynnością i milczeniem, zeszła już była dawno z podstupia, nie patrzył zgoła. I tak pracował aż do zmroku, aż do wyczerpania sił.

— A co!... czy nie mówiłam?odezwała się modelka, stając na odchodnem w butnej postawie przed zamaszystym tworem „mistrza", — Bo co? — spytał półprzytomnie.

— Bo "panmistrz" widzi to, na co nie patrzy..

— To i dobrze...

— Ba!... Ale teraz dopiero niema nic w glinie... Dzieckoby substelnie taką samą poczwarę umiało zbić ze śniegu!...

Lecz chwila podniety zzewnątrz może dać] i daje jedną tylko chwilę twórczości: pomysł, szkic; lecz szkic, pomyśl, to jeszcze nie twór artystyczny!... |

I teraz właśnie rozpoczęło się dla „mistrza" łamanie się z trudnościami kompozycji. Postać panny Weroniki nie odpowiadała smukłym kształtom postaci, zaszkicowanej w glinie. Kwadratowa jej głowa z krótką szyją zbyt przywierała do tułowia, względnie szczupłego, ramiona nie wypływały z barku, lecz były jakgdyby luźno do nich przyczepione; nogi nie podpierały bioder nadmiernie wydatnych dokładnie udami, a ręce grube i stopy płaskie wręcz nie nadawały się do modelowania. Na nic wszelkie zmaganie się z pamięcią oka, a wyobraźnia zawodziła w szczegółach plastyki!... Postać nie nabierała formy: to linja zatracała się w załamach, traktowanych zbyt realistycznie, to wyraz zaciera! się w stylizacji zbyt ogólnikowej.

— A jednak ta panna Weronika — odezwał się „mistrz" pewnego razu pod jej nieobecność — ma swój rozum...

— Bo?... spytała uczennica...

— Nie można widzieć tego, na co się nie patrzy...

— I w postaci panny Weroniki są dobre szczegóły...

— Szczegóły, szczegóły!.. Z życia, tak samo, I jak ze sztuki, można brać szczegóły, ale ze szczegółów nie można stworzyć życia, nie można ulepić sztuki: byłaby to sztywna mozaika na płaszczyźnie. Piękno ciała ludzkiego, a więc i kobiecego, to nietylko piękne szczegóły, ale przedewszystkiem i nadewszystko linja ogólna organizmu i proporcje indywidualne części, nadające formie całej postaci charakter swoisty — duszę. Można poprawiać kształty czy bryły, można stylizować linję poszczególne, czy ruch, jak przez wychowanie i naukę można poprawiać i stylizować duszę człowieka; ale potrzeba, aby te kształty, czy hryły, ; trzymały się organicznie i estetycznie całości, aby i te linję były wszczątkiem przynajmniej formy idealnej, wymarzonej...

— To wziąć inną modelkę...

— Inną!... Modelką u nas może być tylko kobieta z gminu, a nasze kobiety z gminu nie są pięknie zbudowane! Na to potrzeba rasy, — rasy od stóp do głowy!... Nie szukać jej wśród gminu naszego, ciężko pracującego i od wieków źle odżywianego!... Więc kobiety lepszej sfery?... W naszem społeczeństwie, jak we wszystkich społeczeństwach Północy, łatwiej jest namówić, wciągnąć wprost kobietę do rozpusty, do zbrodni nawet, niż do pozowania nago. Nie wyobraża ona sobie, iż można patrzeć na jej kształty, a nie widzieć jej samej... Odda się raczej oku pożądającemu miłośnie, niż oku pragnącemu artystycznie... Co zaś do kobiet tak zwanego „towarzystwa", to z temi można zadaleko posunąć się we flircie, można żądać od nich bezkarnie oddania się mężczyźnie z pogwałceniem praw moralności i obowiązków, ale nie można mówić nawet z niemi o poświęceniu się, o oddaniu się sztuce!...

— „Mistrz" jest... wybornym artystą.

— Bo?...

— ...Umie przesadza ć...

— To nie przesada: — kobiety same uważają się za ideał, — co prawda, nie wiadomo, czego, — więc jakże mogą pragnąć, pożądać ideału poza sobą?... Jak w miłości, tak i w sztuce ściągają ku sobie, chłoną ideę. miast wznosić się ku niej, lub służyć jej kornie... A nie kocha prawdziwie, kto w sztuce. Cy miłości, sobie tylko służy!... O modelce więc z namaszczenia artystycznego mowy być nie może...

— Są jednak kobiety...

— Są, są... w romansach i nowelach, w pomysłach pisarzów, uganiających się za oryginalnością położenia, ale i wtedy, jak w miłości, oddają się one przez sza! chwilowy, przez kaprys zmysłów przygodnie podnieconych, przez niepokój nerwów chorobliwie podrażnionych...

— Muszę to sobie zapamiętać...

— Jesteś wyjątkiem wśród kobiet, i to stwierdza regułę... Wydajesz duszę swoją na mękę aspiracji artystycznych, miast puścić ją wraz z wdziękami kształtów na licytację więcej dającemu w małżeńskim przetargu... Sztukę dla sztuki w Polsce można uprawiać tylko przez dziwactwo... I koniec jest taki. iż "Żal" trzeba będzie przemiesić na dzbanek do wody lub dzieżę do kwaśnego mleka, boć na pannie Weronice poprzestać niepodobna...

— Można przecię pojechać zagranicę, do Włoch...

— Artysta polski, rzeźbiarz zwłaszcza, może co najwyżej, zatrzymać się od pociągu do pociągu ua Wiochach pod Pruszkowem, dla przyjrzenia się za półdarmo malowniczemu stadu krów lub owiec na pastwisku... To też, jeśli jutro mdłych kształtów panny Weroniki, na które muszę patrzeć, nie powiążę z wyrazem mojej figury, który widzę tylko w idei, a nie w formie, w takim razie, jak na porządnego artystęobywatela przystało, pojutrze już wezmę się do artystycznoobywatelskiego ozdabiania wylotów od kanałów. W zamian za to, gdy przyjdzie czas, Warszawa, jako najwyższy wyraz uznania zasług moich i talentu, wystawi mi pomnik na Powązkach ze starej rury wodociągowej!...

— Ależ pesymizm!

— Cóż chcesz?... ,Zapał artystyczny, przy lada podniecie, może bić równie dobrze w lewo, jak w prawo!... Zresztą, ałboż ja wiem?... Może i sztuce samej oddanie się moje nie jest w smak?... Ja mówie do niej całą duszą, a ona mi nawet półgębkiem nie odpowiada...

Nazajutrz „mistrz", podniecając się widzeniami wyobraźni, idealizując nieidealną zgoła rzeczywistość panny Weroniki, pracował przez cały dzień bez wytchnienia. Pod wieczór jednak, zobaczywszy, iż postać „Żalu" jest połowiczną tylko kompilacją realizmu pospolitego w formie i wyrazu niedociągniętego w napięciu, dał as z y t pannie Weronice ai do „nowego zapotrzebowania", poczem, otuliwszy niedbale już bryłę mokremi płatami, rzucił się na otomanę i zawołał wesoło:

— I tyle jest słów Ewangielji na dzień dzisiejszy... jutrzejszy... za tydzień, za rok, a może i do końca... żywota!...

Rozeszli się jak zwykle.

Aliści nazajutrz stała się rzecz dziwna. „Mistrz" tego dnia właśnie opóźnił się z wejściem do pracowni. Nie ciągnęło go dzieło rozpoczęte, nie pędziło go sumienie artystyczne. Słychać było, jak chodził po małym swym pokoiku obłędnie, tam i sam, niby zwierz dziki, zamknięty w klatce. Po pewnym dopiero czasie, ni stąd ni zowąd, otworzył drzwi naoścież i, nie rozglądając się po pracowni, nie myśląc może nawet, iż w niej się już znajduje, wiedziony nałogiem, czy zmechanizowaną pamięcią kroków, zmierzył wprost ku spiętrzowi, na którym stała rozpoczęta jego figura. Bez żadnej gorączki nerwowej, bez dokładnej nawet świadomości ruchów celowych, zaczął powoli, automatycznie, rozpowijać figurę. Twarz jego była przesłonięta chmurą znudzenia, czy zniechęcenia.

Niebawem jednak odstąpił o kilka kroków od spiętrza, by, bądź co bądź, zdać sobie sprawę ze stanu poronionego płodu swej wyobraźni, i naraz, o dziwo! odwróciwszy nieco głowę od światła, ujrzał zjawę, od której wszystkie zmysły jego; wzroku, słuchu, dotyku przestrzennego — drgnęły i nagle w tem drgnieniu stężały. Chciał krzyknąć: głos mu załamał się w spazmatycznie ściśniętej krtani. Upłynęła długa chwila, zanim otamował się we wzruszeniu. I teraz, jak wizjoner, wiedziony nakazem wyższym, sunąc powolnym, cichym krokiem, zbliżył się napowrót do spiętrza. Tu, nie spuszczając oka ze zjawy, wziął z ruchomej stolnicy szpachlę w rękę, podniósł ją na wysokość czoła swego i, gotową do akcji, trzymał w górze długo, jak gdyby niepewien świadomości swojej.

Lecz nie!... Zmysły nie łudziły go: to była ona!... Widział bryłę cudownie związanego ciała, widział czyste linję jej kształtów w proporcjach umiarowych, a mimo to wskroś indywidualnych. Pod lekkim muślinowym kwefem, przesłaniającym wiotką, przejrzystą draperją lewy bark, połowę tułowia oba uda i lewą nogę aż do przegubu stopy w kostce, siedziała na podsłupiu, cała naga, w wymarzonej pozie "Żalu', z głową, nieco podaną naprzód, z brwiami lekko namarszczonemi od skupienia myśli, z oczyma smutnie wpatrzonemi w jeden punkt poza linja stóp, jak gdyby zasłuchana w odgłos dali. Szyja jej, mocno podtrzymująca obezwładniony ciężar głowy, rozwijała się bujnie w barki i raramiona, toczone, płynnie; tułów wdzięcznie kibitny, wyraźnie obrysowany falistemi linjami, przechodzi! nieznacznie w biodra i uda pomierne; obie ręce miękko stykały się przy lewem kolanie, wychylającem się zgrabnie z pod wydłużonych delikatnych palców; prawa noga drobną, lecz mocną stopą silnie opierała się o płatwę, a lewa. swobodnie opuszczona, sięgała palcami drugiego stopnia podsłupia. Co więcej!... Widział blaski światła, żywo przemykające się po matowoaksamitnej, śniadawej powłoce jej ciała, widział cienie, zapadające wyraźnie w załamy płaszczyzn i zagłębienia brył, a ośród plastyki tego światłocienia, widział, słyszał, nieledwie czuł dotykiem ciepłą falę równego, rytmicznego oddechu pod wzbierającemi i opadającemi piersiami, na widok których i Martial zawołałby z uśmiechem lubości: ut capiat nostra tegatque manus — tak obie ich półkule były pięknie, proporcjonalnie, skromnie rozwinięte. Na twarzy jej płonął rumieniec "bez wstydu i grzechu"...

— Tak, — to była ona, wymarzone uzmysłowienie artystycznej tęsknoty jego duszy: "Żalu"!... Tak, — to była ona. zjawiskowe urzeczywistnienie zmysłowej tęsknoty jego serca: Miłości!...

I „mistrz", ze szpachlą w ręku, wciąż wzniesioną ku górze, patrzał skupionym wzrokiem artysty wyczuwającego duszą formy w świetle i prawdzie, — patrzał z zapartym oddechem w piersi, głęboko zapadniętej od wzruszenia, — patrzał poprzez wielki palec, służący mu za miarę proporcji, aż nareszcie, po długiem, długiem mocowaniu się z sobą wobec zjawy, rzucił szpacMę, jako przyrząd niepotrzebny mu jeszcze, na ziemię, poskoczył ku figurze i palcami to jednej, to drugiej ręki, to oburącz, blady od namiętności i gorączki twórczej, zaczął na nowo miesić glinę, przeginać, przyginać całą postać, tu dodawać, tu ujmować miąszu, to naddawać wypukłości, to ugniatać zagłębienia, to indywidualizować poszczególne części, to wreszcie całą postać, od wierzchowia głowy nachylonej do końca stopy wyciągniętej, wiązać jedną linja twórczą. I raz wraz zbiegał szybko ze stopni schodków, by wprost z ziemi przyjrzeć się proporcjom zapoczątkowanego dzieła swego, i po chwili znów wbiegał na schodki, by stąd sprawdzić wymiary i plastykę postaci przez porównanie z cudowną naturą, poczem znów pilnie poprawiał kontury, modelował bryły. Od czasu do czasu też wielkim ruchem ręki śmiało zakreślał w powietrzu jedną linję falistą z prawej od góry na dół, a drugą z lewej od dołu wzwyż, niby jakąś ósemkę symboliczną, zamykającą w sobie całą postać.

Chwile płynęły jedne za drugiemi cicho, równo. I słychać było tylko miarowy, rytmiczny oddech uroczego modela, — słychać było tylko głuchy stuk drobnych kroków „mistrza" na drewnianych stopniach schodków, — i, od czasu do czasu, słychać było lekki plask gliny, to narzucanej z pławy na postać, to odrzucanej z postaci na płatwę.

Chwile płynęły, lecz energją „mistrza" nie wyczerpywała się wra z niemi: przeciwnie, rysował on linję i modelował kształty z coraz to większem skupieniem uwagi, z coraz to większą czujnością oka. To też, po pewnym dopiero czasie wytężonej pracy i nerwowego milczenia, odezwał się zcicha, obojętnym głosem zawodowca, jak gdyby półświadomie:

— Można jeszcze?...

— Proszę...

Teraz „mistrz" na palcach, zwolna, jak pątnik, zbliżający się lękliwie do cudownego miejsca czy obrazu świętego, podszedł ku spiętrzowi z prowizorycznem podsłupiem i ostrożnie przekręci! ruchomą jego stolnicę pół kołem. Niebawem rozpoczęło się modelowanie żywej zjawy, zwróconej plecami ku światłu.

I praca szła dalej z tym samym zapałem młodzieńczym, z tą samą energją niewyczerpalną, z tym samym pośpiechem gorączkowym, burzącym do razu wszelką równowagę, ale budującym w jednej chwili, poza znanemi t uznanemi prawami do ' świadczenia, cały gmach ideału. Myśl pod palcami „mistrza" zarysowywała się w linję, załamywała się w płaszczyzny, przyoblekała się w kształty, przemieniała się w plastykę światłocieniu. Zdawało się, iż lada chwila stanie się ona ciałem w pełni formy: dość byłoby jeszcze raz i jeszcze raz obrócić postać na ruchomej stolnicy ku światłu to jednym, to drugim bokiem, to znów przodem, aby modelowanie dobiegło kresu. Lecz tylko chwila poczęcia jest chwilą: kształtowaniu się całego organizmu, formy samojętnej, zarówno w naturze, jak w sztuce, potrzeba czasu.

I ..mistrz" modelował, modelował, rysował i przerysowywał, tworzył i przetwarzał, a raz wraz. rzuciwszy okiem na postać czarującej zjawy, zaznaczał ręką w powietrzu ową symboliczną ósemkę swej myśli. Aż oto nareszcie, odstąpiwszy o kilka kroków od spiętrza, spojrzał uważnie na zarysowaną w konturach figurę i, idąc ręką w powietrzu, przeciągnął zwolna długą, falistą linję od wierzchowia bolejąco ku piersiom pochylonej głowy, poprzez prawy bark, mięsiste ramie, delikatną rękę, bezwładnie spoczywającą na lewem kolanie i od tego kolana przez piszczel aż do końca stopy, — poczem zawołał z uniesieniem, prawie namiętnie, głośno:

— Jest melodja!... Jest!...

Lecz uniesienie to nie trwało długo. Wnet bowiem zadał sam sobie niepokojące pytanie:

— A druga?...

I pędem niemal wbiegł na schodki i, nie namyślając się chwili, kilkoma szybkiemi, nerwowemi ruchami nadał w glinie inny układ lewemu barkowi, wraz z jego ramieniem i ręką, a potem zaraz jął fałdę draperji, przesłaniającej zlekka podołek tułowia, wiązać jedną linja z odchylonem wyraźnie nazewnątrz udem prawej nogi, biegnącej od kolana w ostrym załamie pod łydkę lewej. A praca przetwarzania konturów w ogólnym zarysie szła mu tak sprawnie, tak gładko, iż po pewnym dopiero czasię, i to nie patrząc na żywą swą zjawę, odezwał się półprzytomnie:

Może przerwać seans na chwilę?...

— Nniee, „mistrzu" — brzmiała odpowiedź sucha.

Gdyby „mistrz" był mniej oszołomiony wrażeniem, mniej pijany akcją tworzenia, byłby w tonie bezdźwięcznym tej odpowiedzi wyczuł cały wysiłek organizmu, nerwami tylko trzymającego się w pionie. Lecz i on nerwami tylko żył w tej chwili, a nerwy jego nie działały, jedno w kierunku plastyki: nie słyszał, nie czuł, — widział tylko przecudną formę postaci i przerzucał oko od kształtów w glinie do ciała żywego, od ciała żywego do kształtów w glinie, a ręka, posłuszna woli, wykonywała ruchy celowe instynktownie. I oto, przy jednym tych ruchów, podniósł wielki palec na wysokość oka swego i poprzez miarę tego palea zaczął po raz moie pięćdziesiąty, może setny, sprawdzać jakąś przedziwną proporcję żywych kształtów. I w tej chwili dopiero spostrzegł, iż cudna ta postać chwieje się w pionie: głowa zwisła na ramię, tułów osiadł na biodrach. Jeszcze chwila, a byłoby zapóźno!... Podbiegł ku niej pędem, z wyciągniętemi zawczasu rękami, by ją podtrzymać w pozycji na podsłupiu. Przez zaciśnięte jej usta przemknęło się cichym szeptem jedno słowo: "przepraszam", — i cudna zjawa, zemdlona, bezwładna, padła całym ciężarem z podsłupia vi podstawione jego ramiona. I on ujął ją wpół, poniósł przez pracownię i ułożył na otomanie.

Omdlenie trwało długo. "Mistrz", uniesiony na razie przekwintnym egoizmem artysty, napawał wzrok swój falującemi linjami wydłużonej, a przez to piękniejszej jeszcze postaci, chcąc niejako wessać formę płynnego a jędrnego jej ciała w zmysł swej pamięci. Wyobraźnia poniosła go: wydało mu się, iż jest w urojonym świecie baśni czrodziejskiej i widzi jakąś cudną Djanę, w całej jasności i czystości linji, wypoczywającą po łowach znojnych na kobiercu kwietnej łąki. Pierś jej tchnęła zlekka ledwie dostrzegalnym ruchem. Nachylił się i złożył na niej cichy pocałunek, — cichy, prawie beznamiętny... Lecz i tyle tylko było jego zmysłowości, — bo oto. po chwili już, schwycił nieopodal leżącą pelerynę sukienną i ciało, zastygłe w bezwładzie, okrył starannie, od szyi do stóp, z pieczołowitością nad wyraz czułego piastuna. Czas i kilka kropel zimnej wody, rzuconej na twarz i skronie, dopełniły reszty. Ocknienie nastąpiło niebawem. Zjawa stała się rzeczywistością: westchnęła z jękiem, otworzyła szeroko oczy, powiodła obłędnym wzrokiem dokoła siebie, poczem podrzuciła się nagłym wysiłkiem mięśni i siadła na otomanie, spowijając się wraz nerwowo w szorstką, lecz wiotką połę peleryny.

"Mistrz" klęczał u jej stóp z wyrazem przestrachu i pokory. To może wytrąciło ją z równowagi. Szarpnęła się głową w tył, jakgdyby dla otrząśnienia z powiek przykrej mary; spojrzała ostrym, gniewnym wzrokiem na zaszkicowaną z rozmachem postać w glinie i tejże prawie chwili kilkakrotnie zatrzepotała otwartą dłonią przed oczyma „mistrza", chcąc niejako przez ten energiczny odruch nerwowy oszczędzić jemu i sobie okrzyku:

— „Precz!!"...

I on podniósł się z miejsca i cicho, na palcach, ze spuszczoną głową, przeszedł do sypialni.

Jeszcze chwila: tajemnica przemiany dokonała się za kotarą; — jeszcze chwila: zjawa zniknęła z pracowni.

Nazajutrz "mistrz" stanął przed dziełem swojem wcześniej, niż zwykle. Pilno mu było nie tyle do pracy samej, ile do rozejrzenia się w szkicu. O ile z razu patrzył nań chłodno, rozważnie, okiem znawcy, wyczuwającego najdrobniejsze zalety i wady ogólnej linji kompozycji, o tyle następnie chłonął go w siebie nerwowo, namiętnie, wzrokiem bogaczaskąpca, odchodzącego od zmysłów na sam widok olbrzymiego swego skarbca.

A skarbiec to był istotnie olbrzymi!... Tu proporcje członków, tu tok mięśni, przechodzących swobodnie jedne w drugie, tu czystość konturów, tu płynność ciała aksamitnego a jędrnego, tu wreszcie więźba wytworna a mocna całego organizmu, stworzonego jak gdyby od jednego zawodu ręki!...

I "mistrz" patrzył, patrzył, a na twarzy jego malowało się wzruszenie, a w oczach jego lśniły przeblaski radości. Stał długo nieporuszony w miejscu, — i potem nagle przyskoczył do spiętrza, podjął z ziemi szpachlę, porzuconą wczoraj w niemym zachwycie, wbiegł na schodki i, nie zwlekając, zaczął drobnemi, subtelnemi dotknięciami błyszczącego w świetle żelaza, retuszować chropowatości i zbędne grudki gliny na bryle.

Niebawem też przyszła posługaczka. Ani kurz od zamiatania, ani stuk ciężkich butów, ani chrzęst przestawianych krzeseł, stołków, figurek gipsowych, nie oderwały go od pracy; retuszował pilnie, choć na wszelki wypadek, ostrożnie.

Około południa w pracowni zjawiła się „panienka", może bledsza, może w wyrazie oczu smuttniejsza. może nawet w ruchach powolniejsza, lecz jak zwykle spokojna, — i prawie z progu, głosem donośnym a dźwięcznym, odezwała się pierwsza;

— Dzień dobry, „mistrzu"!...

— Dzień dobry, dziecko! odpowiedział "mistrz" porywczo i wraz zbiegł szybko ze schodków, jakgdyby kwapiąc się do powitania serdecznego. Ale wnet, — czy to wiedziony instynktem, czy też powstrzymany w ruchu zachowaniem się uczennicy, która całkiem obojętnie miarowym, powolnym krokiem minęła pracownię, by zwierzchnią swą szatę zdjąć za kotarą, — stanął w miejscu. Jeszcze chwila i zaczął na nowo uważnie przypatrywać się z oddali szczegółom swej postaci. Na suchej, ascetycznej jego twarzy mienił się wyraz zadowolenia, prawie szczęścia; w oczach płonął żar podniety; na ustach niedomkniętych chwiał się uśmiech lubości. Niebawem też, uniesiony wrażeniem, zakreślił ręką w powietrzu wielką, falistą linję wydłużonej, symbolicznej ósemki i szeptem: mocnym od namiętności, rzucił w przestwór słowo, — Jest... Jest melodja!...

I wkrótce nastąpiło to, co powtarzało się z dnia na dzień: uczennica przy swoim spiętrzu, "mistrz" przy swoim, — oboje milczący, oboje oddani swoim myślom, — z tą tylko teraz odmianą, że uczennica, miast „Melancholji" z panny Weroniki, od onegdaj już nieobecnej, zaczęła ponownie, dla wprawy, modelować jakąś klasyczną Psyche z gipsu, a „mistrz", przerabiając jakąś głęboko tajoną myśl w głowie, udawał jeno, iż modeluje z pamięci.

Uczennica, jak w pierwszej chwili, rzuciła badawczem okiem w stronę naszkicowanej wczoraj postaci "Żalu", tak i poprzestała na tem ukradkowem zadowoleniu kobiecej swej, czy artystycznej ciekawości. Po dwóch godzinach sumiennego modelowania w zupełnem milczeniu, zaczęła ubierać się do wyjścia.

— Cóż tak wcześnie dzisiaj?...

— Muszę odwiedzić chorą przyjaciółkę...

— Cnoty chrześcijańskie nie wychodzą na pożytek artystom...

— Bo?...

— Skarbiąc sobie niebo, zatraca się poczucie jędrnego koloru i manjeruje rysunek.

— Sztuką nie dochodzi się do nieba...

— Tylko sztuką: — niebo jest fantastycznym wytworem artysty!...

— Do zobaczenia, „mistrzu"!..

— Nie w niebie chyba?

— Do jutra, — w pracowni...

Jutro nie przyniosło nic nowego. „Mistrz" był widocznie zdenerwowany. Zaciska! usta, przygryzał wargi, jakgdyby w obawie, aby jakieś słówko, — pytanie, czy prośba. — nie przemknęło się przez nie mimowolnie, przyczem raz wraz spoglądał ciekawie lśniącem okiem na uczennicę, która, nie zwracając nań uwagi, milcząco a pilnie lepiła swoją Psyche. Widział cały ogrom błędów i niekonsekwencji w swoim rysunku, widział całą niedostateczność zaszkicowanej plastyki w modelowaniu, czuł całą przepaść pomiędzy formą niedociągniętą a duszą jej, wyrazem, — lecz do pierwotnego, samorzutnego szkicu nie śmiał wprowadzić najmniejszej bodaj zmiany z pamięci. To też około godziny drugiej, choć daleko jeszcze było do zmierzchu, zaczął pośpiesznie szykować się do wyjścia.

I oboje wyszli razem.

Nazajutrz o południu, w pracowni ukazała się panna Weronika, z wyrazem błogiego rozpromienienia na zwiędłej twarzy, — szczęśliwa, iż znów, przez jakiś czas przynajmniej, będzie mogła żyć z nędznego swego a niestałego zajęcia. Przez ciekawość jednak, nie zdjąwszy jeszcze zwierzchniego odzienia z siebie, stanęła przed postacią w świetle i krzyknęła z razu:

— W imię Ojca i Syna!... Toż to znowu na inną modłę!... Ani śladu panny Weroniki!... Co za szyja!... Co za piersi!... Co za biodra!... A kolano, a stopa!... Ho, ho, ho!... Nie mnie się z tem mierzyć!... Ale czy nie prawdę powiedziałam?... "Pan mistrz" widzi to, na co nie patrzy... A może i natrzył?...

— To do panny Weroniki nie należy... Proszę się rozebrać i siąść w pozycji!...

W chwilę też potem modelka siedziała już na podsłupiu. "Mistrz" poprawiał ją w ruchu, przyginał głowę ku piersiom, przeginał tułów, układał ręce, ustawiał nogi. Panna Weronika biernie wprawdzie poddawała się nakazowi, lecz podczas dość długiej tej, a nużącej czynności, coraz to zerknęła w stronę "panienki".

I „panience" wydało się, iż ta modelka zawodowa, świadoma tajemnic pracownianych i fantazji artystycznych, przypatruje się jej pilniej, niż zwykle, mierzy ją od stóp do głowy, a może i rozbiera z odzienia ciekawem, niedyskretnem okiem. Zawstydzona, spłonęła i na razie spuściła głowę. Po chwili jednak, gdy „mistrz" był już na schodkach przy swoim spiętrzu, zwróciła się wprost do niej:

— Niechże panna Weronika patrzy więcej przed siebie... Ja modeluję teraz głowę z boku, a nie wyraz oczu!..

— Proszę mi nie wypominać: jestem normalna!... Niema drugiej takiej w Warszawie... Wiem zresztą, co to pozować za pieniądze...

I teraz rozpoczęła się praca żmunda, nużąca jednostajnością. długa, — praca, już nie godzin, nie dni. ale tygodni całych, a może i miesięcy, — praca zawodowa, niemal rzemiosło, wymagające tem większej pilności, tem większej uwagi, tem większego skupienia inteligiencji, iż pamięcią wrażenia przeszłego trzeba było uzupełniać obraz rzeczywistości teraźniejszej, — poprzez braki modela normalnego, pospolitego, widzieć zaięty modela indywidualnego, prawie wymarzonego, — prawie, gdyż kompozycja, idea, powstała niezależnie od wrażenia zmysłowego, — poza niem, — więc i tak, w przypadkach poszczególnych, trzebaby było przy modelowaniu bądź pomysł, ideę, naginać do pięknych kształtów rzeczywistych, bądź piękne kształty rzeczywiste naginać do idei. by kompozycji nadać formę idealną, organicznie usprawiedliwioną, artystycznie skończoną. O posługiwaniu się modelami poszczególnemi do poszczególnych części postaci, jak proponowała uczennica, mowy nawet być nie mogło!...

— Takżeś chciała!... Piękno ciała kobiecego — prawił "mistrz" w odpowiedzi, nie przestając modelować to proporcje indywidualne jego części składowych. Można je dla celów artystycznych wydłużać, skracać, przesadzać, ale nie można ich nadsztukowywać, a tembardziej zastępować innemi. Tylko to, co związała natura, jest logiczne i mocne, choć nieraz dalekie indywidualnego a nawet wszelakiego piękna, — i sztuka rozwiązywać tego nie moie. Dlatego też, przy idealizowaniu, przy stylizowaniu formy, należy posługiwać się od początku I do końca jednym i tym samym modelem, choćby proporcje jego ciała były pospolite, — a cóż dopie ro wtedy, gdy artysta zaszkicował formę z modela indywidualnej, niezrównanej piękności!...

Uczennica uwagę tę przyjęła głuchem uchem, i „mistrz", jakgdyby w odpowiedzi na jej milczenie, zaczął nanowo usadzać pannę Weronikę w pozycji, tak, aby w przypadkach poszczególnych kończyny górne i dolne wydawały się dłuższemi, głowa mniej kwadratową, barki okrągłejszemi, — biodra mniej wydatnemi, a palce rąk i obie stopy delikatniejszemi, — słowem stylizował naturę samą wymyśl kompozycji. Dzięki tym zabiegom praca posuwała się naprzód. I „mistrz" czuł się zadowolonym, prawie szczęśliwym, zwłaszcza, iż i uczennica od pewnego czasu odpowiadała mu tonem mniej oschłym i, kiedy niekiedy przynajmniej, rzuciwszy okiem na jego dzieło, zaszczycała je jakąś pochwalą dyskretną lub nawet uwagą techniczną. Pewnego razu też, ni stąd, ni zowąd, zagabnęła go wprost:

— A co „mistrz" robić będzie, gdy swój "Żal" skończy nareszcie?...

— Jak powiedziałem: — wyloty od kanałów...

— A poza tem?...

— Formy do lodów, zabawki dla dzieci, manekiny do przymierzania gorsetów...

— To proszę zrobić dla mnie manekina, poczwarkę niedużą, tak na jakieś osiem, albo szesnaście, albo siedemnaście centymetrów wysoką?...

— Serjo?... Chcesz założyć magazyn mód?... Ależ i owszem!... Taki obstalunek to aż miło, — i odpowiem godnie zadaniu!... A nie będzie to figurka byle jaka, lecz manekin prawdziwy, z krwi i kości. — normalny, jak panna Weronika... Lec na co ci to?...

— Na pamiątkę...

— Po mnie?...

— Nie p o, ale o d „mistrza"...

— Wszystko jedno: nie zmienia to istoty rzeczy... I naprawdę chcesz pamiątki?...

— Skoro mówię...

— Możesz ją mieć. i to podwójną... Zrób mój portret: uwiecznisz w nim siebie i mnie... A będę ci pozował, jak król podczas Te Deum. — choćby zaraz. Chcesz?...

— Niech „Żal" stanie się wprzód czynem... I nadeszła chwila ostateczna. Pewnego dnia o południu, zjawił się w pracowni sztukator, specjalista od zdejmowania formy gipsowej. „Mistrz" przypatrywał się swemu dziełu z oddali. Był widocznie zadowolony, acz co raz to potrząsał głową. W końcu odezwał się jeszcze.

— Czuję, ale już nie widzę... Tymczasem uczennica, przez przypadek, czy też przez sumienie artystyczne, usiadła na stołku w takiej pozycji, iż ręce ułożyły się jej dziwnie pięknie w ruchu, odpowiadającym właśnie układowi rąk modelowanych w glinie. — „Mistrz", nie rzekłszy słowa, zaczął się im przypatrywać, już nie uważnie, jak artysta, lecz wskroś chłończo, pożądliwie, jak kochanek. Jeszcze chwila, a poskoczył ku postaci, kilkoma ruchami nerwowemi zmieni! kierunek ręki, sięgającej palcami kolana, i zaczął wraz żywo, prawie namiętnie, stanowczemi acz delikatnemi dotknięciami modelować, indywidualizować te ręce przedziwne, wydłużone, pieściwe, szukające instynktownie strun harfy dźwięcznej, czy serca czułego...

I tak minęła godzina jedna i zaczęła się druga. A uczennica, nieruchoma, zamyślona, smutna, siędziała na stołku w pozycji, — a „mistrz" modelował jeszcze palce, jeszcze tok szyi przy karku, jeszcze „fałdę piękności" nad powieką, jeszcze falisty rysunek samej powieki, by w oku pogłębić wyraz melancholji, — a sztukator drzemał na fotelu w kącie.

Zapadł mrok. "Mistrz" zbiegł ze schodków i zawołał z rezygnacją:

— Kończeniu niemasz końca!... Zamrzyj, cudzie mój, w gipsie, dopóki nie ożyjesz w marmurze!.. W ręce twoje, panie sztukatorze, a ostrożnie!...

Uczennica podniosła się zwolna; — wstała, lecz nie ruszyłasię z miejsca: pozowanie z namaszczenia artystycznego wyczerpało ją. Złamana w pozycji, stężała w bezruchu, nie mogła na razie postąpić kroku.

"Mistrz" podszedł ku niej, uchylił głowy i, nie rzekłszy słowa, obie jej ręce ucałował cześciwie.

Upłynęły dni, może tygodnie całe. Pracownię zalegała cisza.

..Mistrz", odziany w pelerynę, siedział w fotelu tak zwanym wolterowskim, z głową opartą o wysoką wsporę z tyłu, z rękami swobodnie od łokcia złożonemi na gładkich poręczach, z oczyma niezmrugle wzniesionemi w górę, zapatrzony w dal, zasłuchany w czas. Pozował. W jego postaci, udrapowanej wielkiemi, długiemi fałdami peleryny, w jego głowie suchej, wyraźnie rysowanej w kształt tulipana, uwieńczonej bujną aureolą siwych włosów, było coś posągowego.

Uczennica, stojąc opodal, pilnie modelowała portret jego w połowie naturalnej wielkości. W ruchach jednak jej od pewnego już czasu nerwowych a kanciastych, czuć było zmęczenie fizyczne. Seans trwał widocznie zbyt długo.

— Teraz ja ci powiem odezwał się „mistrz", wstając naraz z fotela — przestań dłubać w szczegółach!... I cóż stąd, iż od tygodnia sprawdzasz proporcje i powtarzasz dokładnie kształty mojej postaci?... Portretu, jak nie było wczoraj, czy onegdaj, tak niema go dziś i nie będzie jutro!... Gubisz się w drobiazgach... Przez szczegóły realistycznej chcesz dojść do idei... Złudzenie!... Prawda portretu jest, nie w doskonałej podobie formy materjalnej, lecz w plastycznej wyobraźni oka, wyczuwającego, widzącego duszę... Ale może to i rzecz psychologji... Idea, dzieło artystymężczyzny. wielkie czy małe, fantazja czy portret, rodzi się z drobnego ziarnka w mózgu, — z jednego słowa, z jednego rysu, z jednej barwy, z jednego dźwięku czy rytmu... Kobiecie, dla stworzenia dzieła artystycznego, potrzeba całych scen z życia, całych postaci, całych obrazów widzianych, całych symfonji słyszanych w naturze, — potrzeba jej warunków sprzyjających, chwili odpowiedniej... Lecz i wtedy, redukując naśladowane szczegóły, najczęściej przez konwenans nie dopowiada prawdy: jak w miłości boi się wyznania szczerego, tai się z wyrazem swego uczucia, niekiedy nawet niepomiernie głębokiego. I ty jesteś zdolną stworzyć dzieło, arcydzieło nawet wyrazu, ale wtedy dopiero, gdy wstrząśnienie zzewnątrz będzie tak wielkie, iż wraz z wyrazem odczujesz formę duszy...

— Nie stać mnie na nią.

— Dopomogę ci teoretycznie, a może i... w praktyce... Stań na punkcie wręcz przeciwnym... Nie naśladuj życia, ale twórz je z siebie!... Nie bój się przesady!... Narysuj linję od jednego rzutu ręki... Talent twój nie jest w modelowaniu kształtów, nie w zmaganiu się z prawdą materjalną, lecz w porywie chwili, w uniesieniu uczucia, w wyrazie!...

— Nie mam siły!... zawołała z rezygnacją i, spowiwszy portret, poszła odpocząć na otomanie.

— Dodam ci jej niebawem i aż nadto — odparł ..mistrz" i, dla rozprostowania członków, zaczął chodzić po pracowni, nie zwracając zgoła uwagi na przedmioty w niej się znajdujące.

A był też wśród nich i „Żal" odlany w gipsie. Powrócił z wystawy, nie odznaczony przez sędziów konkursu, nie zauważony przez publiczność, zlekceważony przez sprawozdawców, mieniących się krytykami. Jedni nastawali na klasyczne traktowanie kształtów, nie godzące się rzekomo z napięciem wskroś nowoczesnem wyrazu; inni znowu ganiłi wyraz smutku, nie licujący jakoby z bujnemi kształtami młodego, jędrnego ciała; wszyscy zaś, bagatelizując talent artysty, nazbyt podobającego sobie w formie, zawyrokowali w ostatniej instancji, iż postać tak stylizowana w limach i tak skończona w szczegółach, — choćby nawet wyobrażała jakiś tam Smutek czy Żal, — nie może być symbolem lirycznoromantyczno fantastycznoludowo czy kmiotkoworzewnej twórczości Chopina i, jako taka, nie nadaje się zgoła do umieszczenia na pomniku, który, według jednych, powinien wyrażać zbiorową duszę narodu w indywidualnej duszy Chopina, według zaś innych indywidualną duszę Chopina w zbiorowej duszy narodu. Co zaś do charakteru postaci samej, całkiem jakoby akademickokosmopolitycznej, to zauważono w niej brak polskości rdzennej, — owej polskości, której nie określa się słowami, gdyż, pono rozumie się ją sercem... A i nagość też, według orzeczenia niektórych, mocno obrażała dziewiczość etycznych i estetycznych pojęć społeczeństwa... Słowem, każdy po swojemu krzyknął: Horror! a ten i ów schował się za parawan faryzeizmu...

Zamglone, zimowe słońce chyliło się ku zachodowi. W omroku wieczoru pomniejsze figury gipsowe na spiętrzach, jako też rusztowania drewniane, stalugi, meble, gdzieniegdzie kawałki marmuru i bronzu, nabierały blasków tajemniczych, form dziwnych i rozwianych, duszy fantastycznej. „Zal" tylko, sterczący na podsłupiu w kącie pracowni, w nadnaturalnej swej wielkości, chłonął w sobie całe światło zamierającego dnia i nie oddawał go wcale. Dusza artysty nie grała w nim: był martwą formą woli.

Naraz „mistrz" stanął tuż przy nim i, oparłszy się łokciem o podsłupie, stuknął weń mocno knykciem palca. Gips odpowiedział głuchem echem.

— Nie dźwięczy, choć pusty!... Oto trumna mojej duszy!... A żeby tak dać się w niej pochować?.. Zmieściłbym się cały i aż nadto... Dość byłoby przepiłować odlew symetrycznie z góry na dół, jak futerał do fajkistambułki... Wyborny użytek z dzieła, które nikomu na nic!... A i lepsza to, niż rozbijać figurę młotkiem i potem sklejać ją nagwałt! Byłoby to w stylu krajowym,a co za uciecha dla reporterów!... Oby tylko nie zapomnieli dodać na moją cześć pośmiertną w szumnych nekrologach, iż wprzód nim jednym z lepszych rzeźbiarzy, byłem jednym z najlepszych tancerzy i... tą furtką wydostałem się na świat. — „S. p. rzeźbiarz i tancerz!"... Przepraszam: „mistrztancerz", bo u nas w każdym zawodzie potrząsa się sztandarem dumnie, podniebnie, acz chodzi się chyłkiem, poziemnie... Taka to już psychika i polityka niewolników a bardziej jeszcze faryzeuszów!...

— Nie lubię takiego „mistrza"...

— Wolałbym to słowo w ustach twoich bez przeczenia...

Nie odpowiedziała.

— Powtórz je...

Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz spuściła oczy, — Jakiegoż więc lubisz?...

— Mocnego spokojem...

„Mistrz" zamyślił się i po chwili dopiero odpowiedział:

— Mylisz się, drogie dziecko moje; — bierzesz gorycz duszy za podniecenie nerwów... Dawno już nie byłem tak spokojny, jak dziś, — dziś istotnie!... Bo sądzisz może, iż zawód wytrącił mnie z równowagi?... Nie mam nic z drażliwości kobiecej w sobie! Kobiecie potrzeba wrażenia od życia, od świata, — potrzeba jej chwały, któraby ją niosła, — potrzeba jej pochodni, któraby przed nią oświetlała drogę, — i dlatego lada impuls ją porywa, lada przeciwność łamie!... Mężczyzna podnietę zzewnątrz puszcza mimo siebie; talent jego zapala się sam przez się i sam przez się gaśnie!... Zresztą nie dla mnie, bojownika nieposkromionego, wieniec z liści laurowych na czoło, ani miejsce honorowe przy stole biesiadnym!... Nie dla mnie dymy kadzidlne na Kapitolu chwały narodowej!... Jestem zwyciężony, ale nie złamany, jakkolwiek, w tym razie na powodzeniu formalnem zależało mi bardzo: — chciałem, by "Żal" mój stał i trwał, nie jako symbol uczucia, ale jako dokument przedziwnej formy!..

— Konkurs obecny jest bez rezultatu... Możnaby wystąpić z innym pomysłem — wtrąciła uczennica, nie wstając z otomany.

— Inny pomysł!... A czyż obie linję, wiążące całą postać w ósemkę symboliczną, nie są jako dwie melodje, wzajem podtrzymujące się i uzupełniające?... Czy mięśnie delikatne a jędrne nie wypływają z budowy całego organizmu, nie przelewają się jedne w drugie, jak dźwięczne a pełne akordy?... Czy tułów, piękny, szlachetny, wdzięcznie toczony, nie wyraża zdrowia i takiej mocy, iż cudowne ręce delikatne, bezwładnie opuszczone na kolana, wydają się przy nim, jako minorowy fragment, tem bardziej jeszcze smutnym nastrojem swoim uwypuklający organiczną więźbę harmonji?... Czy głowa kształtna a rozumna, z czołem nieco pochylonem ku ziemi, nie jest jako rezygnacja, przejmująca spokojem melodji?... Czy, wreszcie, to wejrzenie smutne, głębokie, a wybiegające poza widnokrąg, nie jest jak owa pauza niespodziana, poprzedzająca czy przerywająca chwilę tej rezygnacji, — straszna tragizmem ciszy i przez to nadająca wyraz osobliwy całemu dziełu?... Spójrz na tę postać i powiedz sama, czy to nie „Nokturn" Chopina, — cudowna rzeźba muzyki, oddana muzyką rzeźby?...

— Nie ja sądziłam „mistrza"...

— Któż więc?...

— Publiczność, — może cała Polska...

— Zaliżeś nie Polka?... Zaliżem nie Polak?... Ale im, sędziom przysięgłym sztuki narodowej, moc nie zastąpi ckliwości, — a Chopin...

— Jakto?... Więc tej postaci zbywa na uczuciu?... Nie ma wianuszka na głowie, nie ma łezki w oku, — nie ma lirenki pod ręką...

— Aha!... nie ma modernistycznie rachitycznego kośćca, nie ma poetycznie zwiędłych tkanek!... Rozumiem!... Polska sztuka sentymentalna!... Woleliby oni, abym przepięknym twoim kształ... Przepraszam!." abym kształtom postaci swojej, delikatnym a jędrnym, jak subtelne a dźwięczne akordy Chopina, nadal był charakter szczególnej, chorobliwej jakiejś wiotkości, pojętej i stylizowanej na modłę prymitywów, czy innych półbarbarzyńców.'... Nie odczuwają oni piękności ciała samego, a przeto nie wyobrażają sobie, by tęsknota duszy mogła mieszkać w zdrowych, krzepkich, kształtnych organizmach, jak np. u MichałaAnioła, który olbrzymom, tytanom siły mięśniowej, kazał jęczeć, drgać, drżeć w cierpieniu duchowem!... Ale to, jak mówi Hamlet, — ..kawiar na ich podniebienia"!...

I "mistrz" jeszcze raz stuknął palcem w martwą formę, — i martwa forma jeszcze raz odpowiedziała głuchem echem...

— Trumna! — zawołał tonem przygnębienia i, oderwawszy się gwałtownie od podsłupia, zaczął znowu chodzić po pracowni. Nic go w niej jednak nie interesowało, nic nie cieszyło... Chwilami wprawdzie stawał twardo w miejscu, i wtedy zdawało się, iż porwie za drąg ic]azny, stojący w kącie i porozbija, potłucze te bezduszne imitacje życia i wyrazu!... Ale nie!... Inna jakaś myśl, utajona głęboko, nurtowała jego duszę i wiodła go za sobą. Chodził wciąż, zapatrzony w siebie tylko, potrącając nogą czy łokciem o rusztowania drewniane i stalugi, nie odczuwając braku światła, które pomału gasło na niebie, może nawet nie widząc uczennicy swojej, która z pod przymkniętej powieki patrzyła nań wilgnem okiem. Aż oto, znudzony ruchem, czy zmożony troską, przerwał nagle obłędną wędrówkę swą i rzucił się niedbale na fotel. Głowa zwisła mu ciężko ku ziemi. Zdawało się, iż brzemię świata przygniotło z zewnątrz tę postać wyniosłą, aż potąd dumnie, hardo stawiającą czoło każdej przeciwności losu. Milczał długo i po pewnym dopiero czasie, nie podnosząc głowy, jak gdyby ziemi samej chciał przekazać gorycz duszy swojej, zaczął mówić głosem złamanym:

— Biedny Chopin!... Widzę go na ich pomniku: — siedzi, chudzina zziębnięty w fotelu; muzaneurastenniczka, ciepło ubrana, bo Polska jeet krajem Północy i Przystojności publiczne], skrada się z tyłu i kładzie pobożnie na zapadniętych jego skroniach wieniec kwiatków polnych, "z róż, liiji. i tymianku"; rycerz wąsaty a brzuchaty, potrząsa zamaszyście suchotniczą jego ręką; wiatr, odziany w płachtę, dmie echem „Marsza pogrzebowego" w przydługich połach jego surduta; kmiotek z Żelazowej Woli na stopniach podsłupia wygrywa na fujarce: — „oj dana, oj dana, dana!"... I byłaby w tem polskość rdzenna, i byłby w tem artyzm narodoworebusowy!... Sentyment, mociumdzieju i prostota środków, jak gdyby Chopin poza polskością szczerego swego uczucia, nie był wzorem najbardziej wyszukanej i ze wszech miar skończonej formy!... I pomyśleć, iż taki pomnikidea podobałby się nawet w gipsie!... Gips, wieczny gips!... I cała sztuka nasza gips, i cała ideologja gips, ba! nawet cały zapał, cały patrjotyzm nasz gips!... Trącić pięścią albo i nogą, a rozsypie się w proch, jak rozsypałby się mój „Żal", gdybym nie wierzył, iż godzien jest ducha Chopina i swego pierwowzoru!... Ale nie!... Przetrwa on was, nieucy i faryzeusze, was, fabrykanci frazesów czułostkowych i poeciojdaniarze, i trwać będzie w caiym przepychu pięknej swej formy!... Pięknej, — bo żywej, mocnej," prawdziwej!... Przekujcie go tylko na marmur, a przekonacie się, iż wraz ożyje i przemówi, jak „Noc" Michała Anioła, która żyje i mówi, choć śpi snem bolesnym'.... Tak, — ale ja już tej chwili nie doczekam...

— Czemu? — odezwała się uczennica tonem niepokoju czy zdziwienia w glosie.

Nie odpowiedział; zdawałoby się nawet, iż nie słyszał zapytania: głowę opuścił ciężej jeszcze na piersi i, z oczyma przymkniętemi, z ustami złożonemi do uśmiechu bolesnego, zamyślił się.

Światło, mrące na bryłach i płaszczyznach chropowatych, przemykało się górą po krawędziach bronzów i marmurów przeblaskami chwiejnie migotliwemi. Mrok powoli nakrywał pracownię skrzydłem nieprzejrzystem, garnąc ciszę w siebie.

Teraz uczennica wstała z otomany, posunęła się tajemniczo o kilka kroków naprzód i, zapatrzona szeroko rozwartemi oczami w przestrzeń, czy też zjawę ześrodkowanej swej duszy, stanęła nieopodal fotela.

"Mistrz" siedział wciąż nieporuszony: popadł w zadumę. — w zadumę tak głęboką, iż nie widział, nie słyszał, nie czuł. jak powiernica jego radości i trosk podeszła bliżej jeszcze, cicho klękła przed nim i, ciągnąc się wzwyż wyprężonemi ramionami, niby mocne pniewie bluszczu, złożyła głowę na jego piersi. Nie drgnął, nie spojrzał nawet, ale po chwili już trzymał głowę jej oburącz i, nachyliwszy się nieco, niósł ją delikatnie, ostrożnie ku ustom swoim.

I usta ich spoiły się pocałunkiem mocnym w swej ciszy. I tak trwali, jak posąg dwoisty, samorzutnie przez nagły, nieprzeparty wybuch uczucia, w żywych kształtach skomponowany.

Zapadł wieczór. Na korytarzu dały się słyszeć kroki. Wkrótce potem drzwi pracowni otworzyły się z hałasem i na progu ukazało się kilkoro służby z tacami, na których obok butelek z winem, były w lśniących paterach metalowych i szklanych cukry, owoce, ciasta, kwiaty, dużo kwiatów egzotycznych, okazałych, wonnych, a wśród nich wytworna równianka ciemnych, cudnie aksamitnych bratków.

— A to co?!. — spytała zdziwiona uczennica, wracając na otomanę.

— Ostatnia scena z „Don Juana!" odpowiedział „mistrz" z uśmiechem, poczem, zwracając się do służby, zawołał:

— Stół na środek pracowni, pod lampę!... Zastawa ma być symetryczna: — symetrja jest kością pacierzową życia i sztuki... A prędko, jak w teatrze!... I życie byłaby wcale piękną sztuką, gdyby nie to, iż rzadko kiedy jest dobrze grane: komedja zbyt często zatrąca o melodramat, a dramat wlecze się o jeden akt za długo...

— Któż będzie Don Juanem? — wtrąciła uczenica w wesołym tonie, Ja! — odpowiedział "mistrz", przybierając komedjancko wyniosłą postawę.

— A Komandorem?...

— Też ja!

— Nie rozumiem...

— Jeśli jedna osoba może być w kilku postaciach, to dlaczegóżby kilka postaci nie miało być w jednej osobie?... Zresztą nie będzie to scena z opery Mozarta...

— Lecz?...

— Zuchwała fantazja według pierwowzoru dramaturga hiszpańskiego, Gabrjela Tellez'a, albo, jeśli wolisz pseudonim, — „Mistrza Tirso de Molina".

— Nie znam...

— Wkrótce go poznasz, choć bez wstępu wesołego...

— Wolałabym wstęp...

— Banalny, jak wszystko, co nie jest wyobraźnią, fantazją.

— A jednak, według Greków, nic bez prologu...

— Ha!... Streszczę ci go więc, nim stół zastawią:

Żył był szlachcic hiszpański, don Tenorio, imieniem Juan. Uwodził bo żył, czy też żył, bo uwodzi! jedną kobietę po drugiej, dostojne panie, głupkowate wieśniaczki, żony przyjaciół swoich i protektorów, a wśród innych i donnę Anne, córkę dygnitarza sewilskiego, Komandora, nazwiskiem don Gonzalo de Ulloa, którego, przyłapany na gorącym uczynku zbrodni, przebił szpadą w pośpiechu ucieczki, zdrajczo, pociemku, w własnym jego domu. Umierający Komandor kazał pod posągiem swoim na nagrobku w katedrze sewilskiej wyryć napis: "Tu spoczywa najwierniejszy z rycerzy Pana i oczekuje odeń pomsty sprawiedliwej na zdrajcy"... Don Tenorio, imieniem Juan, znalazł się pewnego dnia w katedrze, — bo i nabożny był, jak i niejeden uwodziciel, — przeczyta! przypadkiem napis i, urażony mianem zdrajcy, zaprosi! z drwiną na ustach Komandora do siebie na ucztę. — I teraz zaczyna się wydziwna fantazja poety hiszpańskiego. — Komandor, jako posąg, — „Gość kamienny", — zjawił się na uczcie u don Juana, — poczem, oddając hołd należny jego rycerskości, zaprosi! go na ucztę powetowną do siebie, do swego grobowca. I don Tenorio, imieniem Juan, stawia się na słowie. Co więcej! Zasiada śmiało w otwartym grobowcu Komandora, spożywa śmiertelne dania, złożone z wężów, skorpionów i żmij, popija je żółcią i octem, i nakoniec butnie, jak na zawadjakę i szlachcica hiszpańskiego przystało, podaje rękę posągowi. Lecz w uścisku dłoni kamiennej czuje żar piekielny. — Dobywa szpady: — napróżno!... Żąda spowiedzi, rozgrzeszenia: — daremny krzyk!... „Jakie czyny człowieka, taka i zapłata!"... Jeszcze chwila i grobowiec wraz z 'posągiem Komandora i martwym don Juanem zapada się w otchłań...

— Milsza by mi była uczta grecka...

— Będziesz ją miała, — zwłaszcza, gdy ponury dramat hiszpański przemieni się w pogodną sielankę.

— Z muzyką?...

— Przy muzyce sfer niebiańskich, wyczuwalnej uduchowionym słuchem wyobraźni.

— Ale bez publiczności...

— Przeciwnie: — tuszę, iż zechcesz obecnością swoją zaszczycić łaskawie to widowisko, któremu trudno dać nazwisko, boć i scena rozegra się nie w ciemnym grobowcu Komandora hiszpańskiego, lecz w jasno oświetlonej, acz biednej pracowni rzeźbiarza polskiego: wzamian za to uczta składać się będzie nie z wężów, skorpionów i żmij, polanych żółcią i octem, lecz z cukrów, owoców i ciast, zaprawionych przysmakiem wina i wonią kwiatów".

Służba szybko wywiązała się ze swego zadania. Niebawem też i światło z dużej, wiszącej lampy zajaśniało blaskami igrzywemi na kwiecistobarwnej zastawie stołu, na bronzach, marmurach, a także i na martwych gipsach, pogłębiając wydrążenia ich, dodając im fantazji lub grozy w mocnych, długich cieniach. Nienajgorzej też przy tem oświetleniu przedstawiała się figura „Żalu"; niepokoiła przynajmniej gwaltownemi załamami formy i posępną tajemniczością wyrazu: — żyła troche...

Jeszcze chwila, a"mistrz" i uczennica pozostali sami. W pracowni było ciepło, cicho, ale niegościnnie, nieprzytulnie. Wprawdzie atmosfera zaczęła pomału przepajać się mocną wonią kwiatów, owoców, wina, lecz od wielkiego okna szło przykre echo przestworza, — czasem jęk ludzki, czasem skowyt zwierzęcy, to kwilenie dziecięce, to świergot ptasi, a potem znów jęk, skowyt wiatru, zawodzącego dziką pieśń zimy na zamarzłych szybach.

— Chciałaś muzyki... Oto granie, godne sceny, w której „Gość kamienny" ożyje, a Gościciel skamienieje w posąg!...

— Czyżby ze strachu?...

— Nie, — przez poczucie prawdy odwiecznej: kto nie może ujść miłości, winien ujść... samego siebie!

— Po cóż uchodzić?...

— Po co?... Miłość beznadziejna, jak moja, jest poezją zmysłów, a udręką duszy!... Żywić jej nie czas, — wypalić niepodobna!... I cóż stąd, iż cię kocham?... Stałaś się płomieniem mego płomienia, duszą mej duszy, radością jej i smutkiem: weszłaś w nią jako promień szczęścia nieoczekiwanego, ale wyparłaś z niej sztukę i zabrałaś woię!... Nie skarga to, lecz wyznanie serdeczne... Nie umiem już tworzyć, marzyć, śnić, poza tobą i bez ciebie, a przy tobie i w porównaniu tobą cały mój dorobek artystyczny wydaje mi się kłamstwem bez wyrazu szczerego... Przestałem żyć przez siebie i dla siebie sztuką, odkąd żyję tobą!...

— A „Żal"?...

— „Żal" będzie, bo i jest, moim śpiewem łabędzim...

— Czemu?

— To już tajemnica mojej duszy!... Zresztą nie ja go stworzyłem... Czyż nie widzisz, jak dalece różni się on od tych wszystkich posągów, pomników, postaci alegorycznych, nudnie doskonałych, które zostawiłem po kościołach, w pałacach, na cmentarzach, a które są niczem w porównaniu z wyrazem, z duszą „Żalu"... Ach, czemuż ta dusza nie jest moją!...

Zamilkł. Upłynęła długa chwila, zanim spojrzał pytającym wzrokiem w przysłonięte powiekami jej oczy i zagabnął tonem spokojnym:

— Uśmiechasz się... Zaliż zgadnę, z czego, czy do czego?... Z bezsilności mojej wobec sztuki, co mnie zgoła nie upakarza, gdyż ona sama dokonywa wyboru, — czy też do myśli, że zapanowałaś wszechwładnie nad człowiekiem, który dotąd sam był sobie panem i, jeśli uginał kiedykolwiek karku czy kolana, to przed wymarzonem bóstwem sztuki?...

Wpatrzona w czerwony odblask światła na toczonem ramieniu "Żalu", nic nie odpowiedziała.

— Bo i czemuż by nie?... Jesteś przedewszystkiem kobietą... Więc kto wie, czy, jak każda kobieta, żądna tryumfów najbardziej przelotnych, nie cieszysz się, iż rozkochałaś w sobie męża w aureoli siwych włosów, i to nie pierwszego lepszego, gdyż, cokolwiekbądż, mam się za jednostkę nie byle jaką duchowo?...

— „Mistrz" rozkochał się sam — odpowiedziała zwolna, spokojnie, tonem dźwięcznym, choć smutnym.

— Sam! sam!... Milczałaś uparcie, gdym mówił; uśmiechałaś się tajemniczo, gdym pytał; topiłaś wzrok w dali. gdym patrzył w twoje oczy; uchylałaś na bok głowy, gdym pragnął wyczuć ciepło twoich lic... Żadnego giestu, żadnego wyzwania, żadnej podniety czy zachęty, — bo i to twoje wejrzenie głębokie a smutne, bo i ten twój uśmiech słodki a tajemniczy, nie zwracały się wprost do mnie, — i to jest twoja siła, i to był twój sposób rozkochania mnie... Dusza twoja nieuchwytna a ciągnąca ku sobie, jak muzyka, której, przez falujące linję kształtów, jesteś niejako symbolem, wchłonęła mnie...

— Może ja i nie mam duszy — odparła z przedźwiękiem powątpiewania w glosie.

— Nie przebywałabyś tu, wśród tych martwych gipsów i bezkształtnych brył gliny, ze łzą tęsknoty w oku...

— Lubuje mi smutek spokojny, czy spokój smutny pracowni...

— I tyle?

— Może...

Nastąpiła chwila milczenia. Powietrze tchnęło teraz całą pełnią woni odurzającej, zgoła nieodpowiedniej otoczeniu, — nagości szarych ścian, posępności nastroju; wiatr wywodzi! wciąż żałosne swe pienia na szybach, światło drgające migotliwie w lampie, rozrzucało ostre blaski po gładzi brył toczonych i płaszczyzn; cienie ponure, długie, fantastyczne, snuły się chwiejnie po ścianach, pełzały zdradziecko po podłodze.

Naraz "mistrz" odezwał się wesoło:

— Pójdź!... Siądziemy przy stole, jak dwaj biesiadnicy cisi, godni uczty Apollina: ty z Aurora przyszłości w rozpłomienionych myślach i sercu, — ja z piorunem przeszłości, zgaszonym w zimnych ręku!... Pod koniec uczty uwieńczysz głowę moją splotem aksamitnych kojących dłoni swoich, a ja miast wychylać puhar wina odurzającego na cześć chwili, złożę pocałunek błogosławieńczy na twoich skroniach!...

I ona wstała z otomany i szła wprost nań zwolna, cicho, miękko, jak zjawa, zmierzająca w ruchu półsennym ku wyśnionemu celowi. — Szła, szła — i naraz stanęła... Stanęła, spłonęła ogniem bijącym z lic i źrenic rozszerzonych, podała się naprzód z wysuniętemi ramiony, jak gdyby pragnęła, by całe jej wewnętrzne jestestwo wylało się jedną falą namiętności, aż dotąd tłumionej w udręczonych zmysłach. „Mistrz" wyciągnął ku niej ręce. — Drgnęła. Zdawało się, iż krew załkała w rozpalonych jej żyłach i otrzeźwiła ją nagle. Nie odwracając głowy, odchyliła się w tył i, jakgdyby zawstydzona chwilowem omdleniem woli, przesłoniła oczy powiekami: nawet i teraz nie chciała przyznać się przed sobą do uroku zmysłowego, pod którym żyła...

— Pójdź!... Niech spełni się uczta, godna podniebienia artystów czy bogów — rzekł mocnym głosem i, ująwszy ją pod ramię, jak dobrego towarzysza pracy, poprowadził do stołu.

I spełniła się uczta, niezwykła w swoim rodzaju, bo ani z tac zniknęło, ani z kielichów ubyło". Kwiaty jeno, uśpione atmosferą nazbyt ciepłą, pochyliły łodyg i, konając przedwcześnie, tem mocniej pałały tchnieniem podniecającej woni.

Teraz ona siedziała u niego na kolanach, z głową przytuloną do jego głowy, skroń w skroń, jak dobre dziecko, które bezwładnie, bezwolnie, duszą i ciałem, powierza się woli swego opiekuna. Oczy jej z pod wilży melancholji, płonęły żarem źrenic rozszerzonych, niby dwa gagaty czarne w bronzowej oprawie na tle biało mieniących się gałek perłowcowych. Niedomknięte usta westchnieniami, przyśpieszonemi w rytm podnieconego serca, chwytały odurzającą woń kwiatów, owoców, wina. Ręce, zwieszone z obu stron jego szyi, stykały się końcami wydłużonych, ruchliwych palców, usiłujących poniekąd wyczuć tętno serca, a może i grać na niem, jako na harfie spękanej...

Oddani sobie, upojeni sobą, zapatrzeni myślowo w siebie, milczeli długo, mierząc się oczami, źrenica w źrenicę; zdawało się, iż chcą wzajem odkraść sobie tajnie dusz swoich, lub na nie się zamienić...

Czy rozerwała się w niej tajemnica pragnienia zmysłowego, które tak zazdrośnie kryła przed sobą samą, któżby potrafił odgadnąć, patrząc na jej postać cudowną, czarującą szlachetnym, spokojnym układem linji?... Tylko w uśmiechu, jak zwykle tajemniczym, wyczućby można było więcej, niż zwykle, słodyczy; — więcej słodyczy, niż smutku...

Na suchej jego ascetycznej twarzy malował się, poważny, niezachwiany spokój; w oczach jednak, wybiegających uparcie, jak u ptaków drapieżnych, poza widnokrąg, mienił się kiedyniekiedy złowrogi błysk postanowienia mocnego.

I naraz przerwał milczenie szeptem niezwykle dźwięcznym:

— Daj mi patrzeć w twarz swoją białą, zdobną w płomienie młodości!... Niech widzę jeszcze oczy twoje marzące i ten uśmiech tajemniczy, który mi był, jako zorza óśród omroku życia!... Milczysz... Usta twoje, słodkie a mocne, zamknęły się dla mnie... I dźwięku harfy dalekiej, głosu twego, nie słyszę... Nie odchylaj głowy!... Pobądź!... Tyle mego, co przy tobie!... Włosy twoje miękkie a drażniące, szeleszczą... Jesteś jeszcze... Jesteś... Nie odejmuj rąk!... Błogosławione niech one będą, jako więzy jedwabne, litośnie zarzucone na szyję skazańca potulnego!... Uśmiechasz się... A jednak jam jest ów skazaniec potulny, bo dobrowolny!... Więzów nie zdołałbym zerwać w potrzebie, a i zrywaćbym ich nie chciał... Życie moje zamknięte pieśnią serdeczną, która mnie samego cudowną forma swoją pobiją!... Tej formy tajemnicę znasz dobrze... Rozpłynęła się w niej dusza moja... I teraz co?... Wierzę uczuciu twemu, — bo i jakże mógłbym nie wierzyć?!... Ale wierzę też, iż wrychlej lub później nadszedłby dzień, w którymbyś tę duszę oddaną sobie, wzięła niby motyla płochego, na szpilkę i umieściła w zbiorze co ciekawszych okazów swego życia... Nie przecz!... Takie jest prawo natury... Ale ja tego bólu nie chcę, — boję się go!... Na cóż mi więc czekać godziny losu wyrocznego?!...

Azaż nie lepsza rozstawać się w radości, niż w rozpaczy?... Człowiek, który przez całe życie swoje pragnął tylko i cierpiał, cierpiał i pragnął, — winien korzystać z każdej chwili szczęścia... Ta chwila, jedyna w mojem życiu, nie może się powtórzyć, — nie powtórzy się... To i czas!...

Ona drgnęła w tej chwili, jakgdyby obudzona z marzenia sennego; odchyliła głowę od jego głowy i spojrzała mu badawczo w oczy: — żadnej odpowiedzi.

— Na co czas, „mistrzu"? spytała z cicha.

— Na wejście „Gościa kamiennego" — odparł tonem zgoła niefrasobliwym.

— Nie chcę niespodzianki zawołała w głos i, usunąwszy się nagle z jego kolan, poskoczyła ku drzwiom pracowni.

— A jednak, wy, kobiety, gospodynie, małżonki, czy artystki, gniazdowe, czy latawcze, — tylko niespodziankami żyć potraficie... Życie bez wstrząśnień nie ma dla was uroku... Potrzeba wam zmian, ran, skarg, zdrad!... I ty też bez niespodzianki, bez wstrząśnienia wielkiego nie osiągnęłabyś celu, nie stworzyłabyś dzieła, godnego swej duszy, swego talentu... Jesteś kobietą w życiu, bądż nią i w sztuce!... Dopomogę ci...

— Odchodzę...

— Zostań!... Doświadczenie życia jest podłożem wiedzy, sprawdzianem sztuki... Zobaczysz to w rzeczywistości, co "Mistrz Tirso de Molina" widział w szalonej swej wyobraźni: posąg Komandora w gościnie u don Juana... Ale ten don Juan nie będzie rewizytował Komandora w ponurym grobowcu, gdzieby go czekały węże, skorpiony, żmije na strawę, a żółć i ocet za napój... Wystarczy mu uczta ośród światła, woni kwiatów i wina!... — Nie chcę nic widzieć... — Cha, cha, cha!... Boisz się wzruszenia zbyt silnego?... Cóż za artysta z ciebie!... Zresztą i scena sama będzie miała inny zgoła charakter... Nic z dramatu wstrząsającego!... Raczej pogodne wejście Przeznaczenia, A n a n k e, jak w tragiedji greckiej... Bo i jakże!... Nie zabiłem zdradziecko ojca, uwiódłszy mu przedtem córkę... Nie pogwałciłem praw ludzkich i boskich przez lekkomyślność czy złą woię... Nie śpiewałem butnie przez całe życie, jak „Uwodziciel sewilski", ostrzegany o „dniu Gniewu", o „dniu Sądu": — "Nie troskać mi się o tak dalekie mnie sprawy (Tan largo me lo fiais)"... Piekło mi nie grozi... Rozgrzeszenia ludzkiego nie potrzebuję". I miecza też nie dobędej... Ale bo i „Gość Kamienny" nie przyjdzie do mnie jako mściciel!... Podam mu rękę z uśmiechem na ustach, — pamiętaj: z uśmiechem na ustać h!...

— Czy „mistrz" nie przestanie bredzić?...

— Nie!... Ten uśmiech wywołałaś w duszy mojej wówczas, gdy w teatrze, na przedstawieniu ..Fausta", cieple, pieściwe palce twoje zetknęły się z mojemi... Była to i jest najcudniejsza chwila mego życia... Ale czas zamknąć serce na ból wspomnień radosnych!... Niechże przynajmniej uśmiech ten na skamieniałych ustach moich trwa przez ciebie w wieczność!...

— Nie rozumiem...

— Faust, zniechęcony jalowością wiedzy i znikomością życia, wypuszcza z ręki czarę trucizny pod wpływem jakiejś czułostkowej pobudki zzewnątrz, a bierze z ręki Mefistofelesa flaszeczkę e I ixiru odmładzającego... By stworzyć arcydzieło? Wznieść pomnik nauki? Poruszyć z posad ziemię?... Nie!!... By uwieść biedne dziewcze i potem wodzić się z czarownicami po sabatach, nie umiejąc wyjść z położenia fatalnego... Można nie umieć wejść, — ale wyjść można i trzeba umieć... Czas wprowadzić logikę czynu do absurdu poezji!... Flaszeczka elixiru wieczności nie wypadnie mi z ręki...

— Odchodzę...

— Jeszcze chwila, — zostań!... Owo "Gość kamienny"... Widzisz go?...

— Nie.

— Jakże wy, kobiety, mało plastyczną macie wyobraźnię!.. Słowo nie staje się od razu w waszej myśli ciałem, — kształtem... Dla skomponowania figurki potrzeba wam modela nadnaturalnej wielkości... Będziesz, będziesz go miała!...

Teraz mistrz" podniósł się z za stołu i krokiem powolnym, spokojnym przeszedł do fotela. Tu narzucił na siebie pelerynę, naciągnął kaptur na głowę, niby kapicę zakonną — i siadł. Cała postać jego wydłużyła się w fantastyczną formę posągu: twarz koścista, sucha, nabrała w tem obramowaniu wyrazu bardziej jeszcze ascetycznego, osobliwie zaciętego, jak okrutne twarze inkwizytorów hiszpańskich, jakiegoś Arbuez'a czy Ximenes'a; oczy lśniły złowrogim blaskiem woli niezłomnej; na ustach drgał uśmiech nerwowy.

— Owom sam "Gość kamienny" w gościnie u siebie... Ha, ha, ha!... Gość i Gościciel w jednej osobie!... Widzisz go teraz?...

— Nie rozumiem maskarady...

— Zaraz ją zrozumiesz... Stań przy spiętrzu swoim i patrz na mnie okiem artysty, który, nietylko według panny Weroniki, powinien też widzieć i to, na co nie patrzy...

Uczennica, powolna życzeniu „mistrza", rozpowiła portret z mokrych płat i zaczęła mu się przyglądać uważnie.

— Prawda, że niepodobny?...

— Nic a nic — odpowiedziała sucho.

— A jednak będzie podobny z ducha!... Wierzę w twój talent, acz impulsywny tylko, i widzę cię przy ponownej pracy... W portrecie, zapoczątkowanym przez ciebie, najlepsze jest czoło, — może dlatego, iż w całej osobie mojej czoło tylko, siędlisko myśli, widziałaś i ceniłaś. Nie przerabiaj go, choćby spokój aksamitną swą ręką wyrówna! jego brózdy... Oczom nadaj wyraz odwagi, ale nie grozy; niech patrzą niezmrugle i widzą, jak moje teraz patrzą i widzą, a gdyby były nadmiernie, przerażająco otwarte, dotknij zlekka, powiek delikatnemu palcami swemi... Na ustach niech drga uśmiech skamieniały w ruchu, — uśmiech tancerza, oczekującego oklasków... To nie rada moja. lecz pragnienie... Poza tem słuchaj się wyobraźni oka!... Nie materjalizuj idei, lecz idealizuj materjał.. Pod wrażeniem stworzysz arcydzieło wyrazu... Ale nie naśladuj nic i nikogo, — nie idź za mną; płyń na swoich skrzydłach... Jesteś kobietą: improwizuj!... Improwizuj duszę, — improwizuj formę!... Gotowaś?...

— Do czego „mistrzu"!...

— Ależ do modelowania...

— Już późno...

Lecz niezapóźno!... Życie jest chwilą, ale i chwila to życie... Korzystaj: będę ci siedział spokojnie, spokojnie... Gotowaś?...

— Dajmy na to, iż tak...

Teraz „mistrz" głosem podniesionym a głębokim, jakgdyby nie z piersi, lecz z mocy ducha wywołanym grzmiał:

— Do mnie, "Gościu kamienny"!... Oto e I ix i r wieczności, godzien podniebienia Fausta, — mędrca doświadczonego, nie zaś uwodziciela dziewcząt niedoświadczonych!... Do mnie, „Gościu kamienny!"... Nie ty mnie zapóźno, lecz ja ciebie wzywam wczas... I bądź błogosławiony w chwili, gdy Mefisto podsuwał mi nadzieję mamiącą za sumienie!... Do mnie, „Gościu kamienny"!... Kielich goryczy, kielich świadomości spełniony!.....

Należy mi się czara słodyczy, czara niepamięci!... Niech wola moja będzie twoją wolą!... Bywaj, a bez gniewu, bez grozy, jak na posąg Konieczności przystało!... Owo on!... Widzisz go teraz?...

— Widzę „mistrza" w gorączce...

— Gorączka zaraz minie... W ręce twoje. Komandorze!... Sumieniowi gwoli!...

Nastała chwila milczenia: wiatr tylko parł się w okno i mącił nieco ponurą ciszę pracowni. Uczennica, stojąc na stopniu schodków przy spiętrzu swoim, nerwowo miesiła glinę, porzuconą od przedwieczornej godziny pracy na płatwie obok rozpoczętego portretu. Naraz coś stuknęło głucho: mała flaszka padła tuż koło nogi „mistrza" i, z złowrogim, zimnym przeblaskiem szkła, potoczyła się po podłodze ku drzwiom. W chwilę potem wyraźny zapach migdałów rozszedł się po pracowni.

"Mistrz" teraz głosem zmienionym, omdlałym, coraz słabszym, mówił:

— ...dźwięczą dzwony... płoną pochodnie.... idę w ciszę, w... jaśń!

Ostatnie słowo rozpłysło się po podniebieniu z chrzęstem stali, nagle złamanej.

Uczennica, nie schodząc ze stopnia schodków, instynktownie zwróciła się twarzą ku niemu. Siedział, jak chwilę przedtem, sztywno w fotelu, z głową mocno opartą o wysoką wsporę; nogi spoczywały bezwładnie na podłodze; palce lewej ręki wpierały się konwulsyjnie w udo, palce prawej, zakrzywione jak szpony ptaka drapieżnego, wysunięte poza kraj poręczy, grabiły przestrzeń ku sobie: czoło, na którem dobroczyńcza, aksamitna ręka śmierci wygładziła brózdy cierpień, dziwnie odbijało spokojem od ust, nerwowo skamieniałych w uśmiech; oczy rozwarte szeroko, mierzyły dal...

Podbiegła ku niemu pedem i zawołała zblizka;

— „Mistrzu!"... Na co tak patrzysz?... Żadnej odpowiedzi. Cofnęła się o krok.

— Ach!... nie widzi!... Więc to prawda?!... I naraz złowrogi błysk zamigotał w jej oczach;

krzyknęła w głos z naciskiem strasznym: Głupi „mistrz"!...

A w głosie jej był krzyk gniewu, krzyk rozpaczy, krzyk miłości starganej!...

Wzburzenie jednak nie trwało długo. Istoty głęboko uczuciowe kryją się z wyrazem namiętności i szukają ucieczki w równowadze pozornej. Niebawem podeszła ku ..mistrzowi" zwolna i po chwili już klęczała z głową opuszczoną bezwładnie na jego kolano. Klęczała długo, cicho, może z modlitwą w duszy, może z jękiem w sercu:

— Dla mnie, czy przeze mnie?... Wiatr to zawodził, to śmiał się, — to wył, to jęczał, i potem znów zawodził, śmiał się, huczał echem dalekiego przestworza na szybach. W oblasku ostrego światła Jampy krawędzie metalów i szkła lśniły złowrogo; cienie, powstrzymane w ruchu, sennie drzemały na ścianach, na podłodze, na płaszczyznach figur.

Ona klęczała jeszcze, ale teraz już klęczała z głową nieco odchyloną, z oczami trwożnie szukającemi oczu ..mistrza", z rękami bezwładnie skrzyżowanemi na wysuniętem jego kolanie. W całej postaci jej, uwieńczonej bujnym splotem, niby turbanem złotawokasztanowatych włosów, było coś ze sfinksa, pojętego na modłę nowoczesną: niepokój wyrazu duszy przy całym spokoju kształtów ciała. I naraz, nie przestając klęczeć, uniosła głowy i, jak niedawno przedtem, cała ciągnęła się wzwyż wyprężonemi ramiony. Chciała widocznie uczynić zadość pragnieniu ostatniej woli "mistrza": aksamitną, wilgną dłoń swoją podstawić za zimną, suchą rękę losu wyrocznego, — zamknąć mu powieki. W chwili jednak, gdy oczy jej ciekawe, patrzące żywo, spotkały się z martwem szkliwiem oczu, odbijających z ukosa tylko złowrogi blask światła, ręce jej opadły. Wyczerpana porywem czynu bohaterskiego, uniesieniem namiętności, która ją przedtem była rzuciła w jego ramiona, nie miała teraz dość siły na dokonanie czynu miłosierdzia. Wstała, pochyliła ciężko głowę ku ziemi i, zgnębiona, złamana, odstąpiła o krok od mary człowieka, przed chwilą jeszcze mocnego, dumnego, a teraz już odrażającego martwotą sztywnej formy. Przemogła się jednak w odrazie: uniosła ponownie głowy, i dwa aksamitne bratki płomiennej jej duszy spoczęły miękko, czuie, na zimnem szkliwie lśniących jego oczu.

W chwilę potem powlokła się chwiejnym krokiem ku otomanie. Usiadła, oparła się łokciami o kolana, utopiła twarz w dłoniach, splątanych palcami nad czołem: popadła w zadumę. I tak, w tej pozycji bezwładu zupełnego, pozostała długo, długo: wstrząśnienie było zbyt wielkie...

Naraz, jak gdyby głos jakiś daleki przebudzi! ją nagle z odrętwienia, odjęła ręce od czoła, otrzęsła się głową z przykrej mary, spojrzała przed siębie. Oczy jej padły na posąg „Żalu". Wyobraziła go sobie w marmurze: żył duszą twórcy, zaklętą w mocne, skończone kształty. I oto gienjusz sztuki powołał ją przed siebie. Porwała się z otomany, podbiegła ku „mistrzowi" stężałemu w nakazującej pozie swojej w fotelu, i, stanąwszy nieopodal niego twarzą w twarz, zmierzyła się z nim oko w oko. A w patrzeniu jej było tyle przejęcia się chwilą, tyle mocy, iż zdało się, że, albo duszą swoją przywróci go do życia, albo pragnieniem swojem całą postać jego wchłonie w siebie. Na twarzy jej malowało się wzruszenie, lecz w mięśniach napiętych czuć już było drgającą energję woli. Jeszcze chwila — i, oczyma przepojonemi wrażeniem, odwróciła się od mary „mistrza" i krokiem pewnym, stanowczym podeszła wprost ku spiętrzowi, na którym stał rozpoczęty jego portret. Nie walcząc z chwiejnością myśli, nie wahając się w wyborze środków, odrazu chwyciła się oburącz gliny, leżącej na płatwie — i całemi garściami jęła narzucać ją na podmodelowaną już głowę. Niebawem też zebrało się jej dość na ukształtowanie kaptura. I teraz zaczęła modelować, tu dorzucać, tu ujmować gliny, — to naginać, to prostować kształty — to skracać czaszkę, to wydłużać kończyny, — tu pogłębiać cienie, owdzie uwypuklać kościec. Praca paliła się jej w ręku. Jak wyrobiony gimnastyk, odruchowo, nieświadomie biegała po stopniach schodków z ziemi i na ziemię, sprawdzając co chwila na długość wielkiego palea wymiary i proporcje postaci i modelowała, modelowała. Co jednak stanowiło nieprzezwyciężoną dla niej trudność w sprawdzaniu modelacji, to nieruchoma pozycja „mistrza": nie mogła go wraz z fotelem odwracać ku światłu twarzą, bokiem, plecami. Na nic zatem wszelkie kręcenie ruchomą płatwą spiętrza! Musiała zadawalać się pamięcią światłocieniu i poczuciem symetrji. Ale wciąż obchodziła postać dokoła, przyglądając się jej pilnie. Raz nawet podbiegła ku niej żywo i wprawną ręką zawodowca poprawiła połę peleryny, niedość posągowo układającą się w fałdy habitu zakonnego.

A "mistrz", — jako był rzekł, — pozował spokojnie, spokojnie...

I tak pracowała bez wytchnienia godzinę, i potem jeszcze godzinę, i potem jeszcze... A wydłużone, pieściwe jej ręce wiły się i miotały, niby węże sprężyste, dokoła bryły modelowanej, a piersi falujące tchnęły głośno przez niedomknięte usta, a nozdrza rozwarte chwytały chciwie powietrze, przejęte odurzającą wonią kwiatów, owoców, wina, a oczy, wpół przysłonięte ciężkiemi powiekami, z pod brwi nerwowo ściągniętych w lwie zmarszczki na czole, lśniły blaskiem ciekawości i woli. Na twarzy jej, brózdowanej wciąż nagłemi ruchami i skurczami mięśni, malowało się wzruszenie, więcej niż wzruszenie: malowało się roznamiętnienie, uczucie, nadające ruchom całego ciała znamie rozmachu celowego, prawie fantastycznego, lecz ujmujące wyrazowi twarzy cechy piękna; rysy pogrubiały, policzki zczerwieniały, oczy nawet, z napięcia uwagi, straciły zwykły swój czarowny aksamit spojrzenia: pod tę chwilę była brzydką. Dusza, wydana na falę namiętności, wyzwolona z formy zrównoważonej, iamiąca linję piękna doskonałego, razi...

Dniało. Lampa dogasała. Wiatr zaprzestał dzikich pieśni na szybach. Odgłosy życia, poczynającego tętnić już i dudnić na mieście, dochodziły z zewnątrz. Pracownię zalegała cisza.

Postać "Gościa kamiennego", niedociągnięta w modelowaniu bryły, była skończona w kształtach i wyrazie. Twórczyni siedziała teraz na krześle i patrzyła na dzieło swoje z natężoną uwagą. Po chwili puściła ręce po sobie bezwładnie i zawołała z rezygnacją:

— Nie moge!...

Żadnej zmiany już!... Twór mocniejszy był od twórczyni...

Nic z „mistrza", ani w technice, ani w ujęciu przedmiotu!... Zamiast modelacji skończonej, szkicowanie zuchwałe wielkiemi płaszczyznami i ostremi załamami krawędzi; zamiast duszy, tajemniczo zaklętej w formę doskonałą, myśl śmiało narzucona na bryłę ledwie zaznaczoną!... Wymiary i proporcje martwych kształtów pierwowzoru odpowiadały wymiarom i proporcjom postaci modelowenej — to prawda: lecz co za różnica rysów i wyrazu!... Nieznaczna przesada w upozowaniu głowy, która, przez wysunięcie ku przodowi, nabrała znamienia wyniosłości nakazującej, a przez mocne uwypuklenie kości staią się prawie czaszką bez mięśni; śmiałe pogłębienie oczodołów, które jak przepaści chłonne, w myśl Dawidowego: a byssus abyssum invocat, domagały się całych przepaści światła; nerwowe zaciśnienie ust, które przez załamanie się pod kątem ostrym z napiętemi fałdami policzków, złożyły się poniekąd do uśmiechu bolesnego; konwulsyjne zakrzywienie palców lewej ręki, wpierającej się gwałtownie w udo, a odchylenie ich w prawej, opartej łokciem o poręcz fotela, wyniesionej dłonią ku górze, oczekującej, ciągnącej niejako ofiarę z przestrzeni; silne wyprężenie jednej nogi z całą stopą naprzód, a podgięcie drugiej, dla mocniejszego oparcia, pod fotel; — wreszcie nadmierne wydłużenie fałd draperji, od spiczastej kapicy nad głową do falistych pół, spadających szeroko na płatwę cokułu, a stylizowanych z gotycka w twarde smugi kamienne, dokonały cudu artystycznego...

Tam, w miękkim fotelu, martwa, stężała bryła — tu, w siedzy kamiennej, postać czujna, wyzywająca; tam beznadziejna obojętność bezwładu — tu wyraz podniecający wstrząśnienia; tam niemy spokój trupiej głowy — tu charakter zacięty czaszki w gwałtownym skurczu mięśniowym; tam złowrogo lśniące szkliwie oczu — tu widmo ciągnące czarnych przepaści; tam, na ustach, ból zakrzepły — tu uśmiech skamieniały; tam forma tylko — tu dusza jej!...

Nic z portretu realistycznego!... Nic — jeno plastyczne, choć szkicowe uzmysłowienie ostatniej myśli twórczej „mistrza": — zaklęcie uduchowionego oblicza śmierci w stylizowane, według fantazji, zagadkowe kształty "Gościa kamiennego"... Stąd i dwoistość charakteru, — jako w onem drugiem ..Preludjum" (A moll) Chopina, kiedy to, poniż, grób cały, z trumną, trupem, robactwem ziemi wije się i przewija jednostajnie powolnym, zgrzytliwym ruchem dysonansów, a obwyż, duch czujny, mocny, wzniosły, śpiewa głosem wielkim pieśń bólu, pieśń żalu, pieśń wiecznej tęsknoty, dopóki męka czy udręka życia doczesnego nie rozpłynie się w harmonijnej, kojącej rezygnacji niestrwanego spokoju...

Nad ranem oblicze twórczyni tego dziwu artystycznego rozjaśniło się. Uśmiech tajemniczy zawitał ponownie na jej usta i zwiał z twarzy gorączkę namiętności twórczej: wstrząśnienie nerwowe przelało się całkowicie w czyn artystyczny. I pod tę już chwilę była, jak zawsze, piękna spokojem wyrazu, smutkiem marzycielskiego aksamitnego spojrzenia, szlachetnością miękkich, powolnych ruchów... Niebawem też spowiła starannie model w mokre płachty, przywdziała na siebie okrycie futrzane i, nie spojrzawszy już na martwą formę ..mistrza", cicho, ze spuszczoną głową skierowała się ku drzwiom pracowni. — Po drodze, przypadkiem trąciła nogą o pustą flaszeczkę, Jeżącą na podłodze. Pobiegła za nią, podjęła skwapliwie i schowała za wyłóg stanika ukradkiem, zazdrośnie, jakgdyby ku wiecznej rzeczy pamiątce...

Trzeciego dnia cała niemal Warszawa, tak skłonna do kamienowania proroków swoich za życia, a tak pochopna do objawiania czci bałwochwalczej po ich śmierci, — bodaj z powodu zgonu w okolicznościach niezwykłych, zwłaszcza, jeśli pogoda dopisze w dzień pogrzebu. wracała tłumnie z cmentarza powązkowskiego. Nie wracała tylko onaani powozem, ani dorożką, ani jedynką, ani pieszo... Nie widziano jej zgoła na cmentarzu..

W rok, może później, na wystawie Sztuk pięknych ukazały się dwa dzieła:

jedno — to symbol Tęsknoty wiecznej, czy miłości beznadziejnej, półnaga postać niewieścia, prześlicznie wykuta w białym marmurze kararyjskim, a przez to barwna i żywa, mimo spokój w kształtach i smutek w wyrazie, — dar przemysłowca o cudzoziemskiem nazwisku, który przez poczucie sztuki ocalił od niepamięci arcydzieło uczucia głębokiego i formy szlachetnej, — ów „Żal", pragnienie i cierpienie wielkiej duszy, — śpiew łabędzi „mistrza".

drugie to symbol, a raczej zjawa Śmierci, czyhającej, mocnej, niezłomnej, dziw pomysłu i nastroju, doskonale uwydatniony w odlewie z ciemnego, posępnego bronzu, a przez to bardziej jeszcze niepokojący i tajemniczy, — ów "Gość kamienny," — fantazja szalona, poczęta i wykonana w godzinie wstrząśnienia...

I oto przypomniano sobie o twórcy "Żalu", że był, żył, pragnął, cierpiał... Teraz już nietylko żartem, ukutym w pracowniach konkurencyjnych, nadawano mu tytuł „mistrza!"... Powstała nawet myśl uwiecznienia pamięci jego nagrobkiem trwałym, kamiennym: — skończyło się na westchnieniu lirycznem, które poszło z wiatrem...

O talencie wskroś oryginalnym twórczyni ..Gościa kamiennego" mówiono i pisano z zapałem, sławiąc w nim poryw samorzutnej, od nikogo nie zapożyczonej wyobraźni i rozmach śmiałej, niczem nie krępowanej techniki. — Powstała nawet, gwoli zwyczajowi, myśl złożenia nowowschodzącej gwieździe artystycznej hołdu pod forma uczty na Kapitolu miejscowym, t. j. w jednej z resurs, w której prezesem właśnie był ów szczodry darodawca, ,Żalu", a zarazem, jak głosiła prasa, — „szczęśliwy małżonek ulubionej uczennicy nieboszczyka „mistrza"... Odmówiła jednak.

Czemu?...

Tajnię duszy kobiecej, a może i ludzkiej wogóle, przeczuwa się tylko...

Co wiosna jednak, w rocznicę śmierci „mistrza", na starannie utrzymywanej mogile jego, wyrastał suty kobierzec ciemnych aksamitnych bratków...

Czy długo?...

Miary czasu niema...

U KAMIENIA PRZYDROŻNEGO.

Maja, r. .

Osród powrotnej wiosny mego życia zjawiłaś się, jako on kwiat uroczny, który od nocy majowej przejął woń upojną, od zorzy porannej uśmiech igrzywy, od słońca południowego barwy płomienne, od mroku wieczornego tajemnicę zadumy rozkosznej... Udzieliłaś mi tchnienia gorącego swego serca lekkomyślnie może, ale przez to czarująco — i w dojrzałą duszę moją wniosłaś poezję młodości... Dałaś mi szczęście i radość: dałaś mi zapomnienie przebytych burz życia — słodycz marzenia na jawie!... Lecz cóż ja mam ci dać wzamian? — ...Duszy chcę...

— Bierz wszystko, wszystko, prócz duszy mojej!...

— ...Duszy chcę... — powtórzyła z cicha, wolno, jak gdyby chłonąc wyrazy w siebie.

— Dusza moja to oko ku widzeniu zjaw przyszłości, to ucho ku słyszeniu głosu grobów, to serce ku czuciu serc żywych, to krew ku pojeniu i kojeniu odwiecznej tęsknoty ducha .ludzkiego... Zaliż chciałabyś mieć mnie i ślepym i głuchym i nieczułym na wszelkie bóle, nędze, pragnienia? — ...Duszy chcę...

Dusza moja jest skarbem moim jedynym, skarbem, z którego nic uronić nie moge: — jest pieśnią moją... Mógłbym ci dać pieśń, pieśń szczęścia czy smutku, pieśń wesela czy żałoby, pieśń miłości czy rozpaczy, cząstkę siebie, dojrzały owoc drzewa, które już wyrosło i trwa, ale nie moge ci dać pierwiastku samego, owego kwiatu wiecznego, który sam z siebie się rodzi i odradza... Zresztą, cóżby ci zeń przyszło?... Jeśliby nawet nie zwiądł w chłończych twych ręku, to i tak przestałbyś wnet cieszyć się nim i bawić; rzuciłabyś go precz od siebie, jak dziecko odrzuca lalkę stłuczoną, w której znalazło nareszcie i złamało to, co je w niej najbardziej zaciekawiało: mechanizm ruchu... Bierz! bierz więc wszystko: doświadczenie moje, niezależność, zapał, szczęście, wszystko, prócz... ...Duszy chcę...

I stato się. On, piękny jeszcze i mocny, czuły i dumny, polotny w myślach i rozważny w pragnieniach, oddał się jej cały, bez zastrzeżeń, bez pamięci. Przestał żyć dla siebie! Ślepy na blaski i mamidła świata otaczającego, głuchy na wołanie duszy, domagającej się samojętnego Życia wewnętrznego, nieczuły na wyrzuty sumienia, rozsnuwającego czarną zjawę przyszłości, okiem kochanka zazdrosnego wpatrywał się w płomienie jej spojrzeń, uchem muzyka przeczulonego wsłuchiwał się w dźwięki jej głosu, myślą poetyfilozofa zagłębiał się w tajniki jej uczuć, zachceń, marzeń... A gdy nie było jej przy nim, w każdym bławacie nieba, czy jeziora widział przeblask modrych jej oczu, w każdym obłoku różowym rumieniec jej lica, w każdej koronie rozwiniętego kwiatu niepochwytną linję czarującego, naprzemian rozkosznego, naprzemian figlarnego jej uśmiechu... A gdy na chwilę przepomniał o niej, wnet mu echo dzwonu dalekiego, wnet mu podźwięk kryształu niebacznie potrąconego, wnet mu śpiew, czy ćwierkanie ptaka podniebnego na pamięć ton srebrzysty, przedziwną słodycz jej głosu, przywodziły... W każdym miękkim płatku róży Czuł aksamit jej ciała, w każdej wiotkiej latorośli krzewu czuł giętki przegub jej kształtów, w każdem tchnieniu balsamicznem powietrza czuł ciepło jej oddechu... I tak widział ją. choć jej nie widział, — i tak słyszał ją, choć jej nie słyszał, — i tak czuł ją zawsze przy sobie, choć nieraz i była odeń daleko!...

Czy stała się dlań światem całym, czy też cały świat stał się nią? — czy miłość uzmysłowiła się w niej, czy też ona ujawniła się w miłości? — nie badał, nie pytał... Kochał ją... Co więcej!

Kochał w niej miłość swoją: zdawało się, iż mógłby ją kochać bez niej samej nawet, jak kocha się myśl, ideę, której w kształtacli rzeczywistych niemasz jeszcze, albo niemasz już...

Ona, prawie dziecko, tak fizycznie była jeszcze nierozwiniętą, prawie roślina cieplarniana, impatiens balsamina, tak zmysłowo była wrażliwą, prawie chimera, tak w usposobieniu swojem była kapryśną, zakochała się w pieśni jego, w płomieniu, czy w promieniu poezji, może tylko w uroku jego chwały, przez ciekawość przedwcześnie rozbudzonego umysłu i dała się gorącemu sercu swemu ponieść na wyżyny ducha. I on też dla niej był wszystkiem: miłością, życiem, światem całym. Widziała w nim, już nie męża dojrzałego w myślach i pragnieniach, ale doskonałość; już nie poetę, stwarzającego odrębny swój świat fantazji, ale poezję samą czy fantazję, — i, jeśli na razie pragnęła czegoś jeszcze, to chyba tego, by swem jestestwem nad wyraz uwrażliwionem stać się tej doskonałości udoskonaleniem, tej poezji płomieniem bujnym, tej fantazji skrzydłem polotnem. Chwilami zdawało się nawet, iż przestawała być sobą, a jest jeno wyrazem i obrazem jego myśli, uczuć, pragnień, — tak umiała odgadywać je, uprzedzać, przyodziewać się w nie i w nich się taić. W radości jego rozkoszna, w tęsknocie rozrzewniona, w miłości promieniejąca, była mu radością, tęsknotą, miłością życia...

I stało się. Z dwóch serc, bijących wraz jednem tętnem, porwała się pieśń, wspólna pieśń, owa "pieśń nad pieśniami", której miłość na imię, ów kwiat, który sam z siebie się rodzi i sam przez się zamiera, ów płomień, który niewiadomo kiedy się zapala, niewiadomo kiedy gaśnie, ów nieproszony a radośnie witany gość życia, który przychodzi i odchodzi; przychodzi z wiekuistości jawnie, butnie, nagle, a odchodzi w nicość tajnie, chyłkiem, zdradnie... Przyszedł. I melodja tej pieśni wspólnej, może różna rytmem, może różna polotem, ale jednaka napięciem uczucia, zaczęła snuć się sama z siebie i układać się przedziwnie w poetyczne stanze rozkoszy... Kochali się: oddani sobie, oddawali się sobie wzajem... Każde słowo ich było wyrazem dusz, przedźwiękiem serc, żarem uczuć, których ogień w rozbudzonych nad miarę zmysłach naprzemtan to wybuchał, to przygasał, by wnet potem z nową siłą wybuchać i na chwilę gasnąć i znowu wybuchać. Błędne koło miłości, która, przenosząc się z osoby na osobę, niepodsycana pali się górnym płomieniem, podsycana wypala się do czarnego żużla jestestwa.

I tak oboje żyli sobą poza światem, poza wszelką troską i zdradą życia: on nią, ona nim, aż do stopienia się uczuć w myśli, myśli w uczucia, jako jeden płomień radości. Żadnej chmury czy chmurki na niebie!... Nic — jedno pogoda w górze, a szczęście dokoła!

Bywało jednak, ale już po czasie, iż oczy jego wybiegały chwilami poza widnokrąg świata otaczającego i tam w dali szukały, czy też czepiały się przedmiotu jakiejś myśli dalekiej. Wtedy ona usuwała się oceń cichutko i, z uśmiechem figlarnym na ustach, czekała. Nie czekała długo, bo oto on, zaniepokojony osamotnieniem, powraca! do niej w tej samej niemal chwili i, zawstydzony przelotną swą obojętnością, w milczeniu a kornie wilgnem od rzewnej tkliwości okiem dopraszał się przebaczenia...

Bywało też. iż zdala od niej popadał w zadumę: na wyniosłem jego, ale zbruzdowanem już od wysiłku życia czole osiadała chmura smutku. Byłżeby to żal za utraconą niezależnością albo i swobodą myśli? Może. I pod te chwile właśnie, raz po raz, świadomie, czy nie świadomie, wstrząsał głową. Napróżno!... Zaduma wracała. — Na uczucie jest tylko uczucie: nie rozumowi walczyć z niem zwycięsko!...

Ona zrazu cieszyła się tym widokiem, jak dziecko!... Czuła, widziała niemal, iż ją to odtrącał precz od siebie, ją to starał się strząsnąć z myśli, wydanej na nieprzepartą pastwę płomienia, a strząsnąć nie był zdolen. Gdy jednak takie chwile zaczęły przytrafiać się częściej, zaniepokoiła się, a może i obraziła w poczuciu miłości samej — tego wielkiego uczucia, które, oddając się, chce w siebie brać. udzielając się, chłonie. I wydała go na mękę pragnienia, bo sama pragnęła. Pragnęła duszy niepodzielnie całej, — duszy, któraby przez nią tylko żyła; duszy, któraby mogła pić dowoli, któraby mogła upajać się do niepamięci zmysłów!... Aż nareszcie, gdy zobaczyła, iż on, budząc się ze snu, jej tylko szukał płomiennemi oczyma swemi, że przez dzień cały nią żyjąc, jej tylko pragnął z całego świata otaczającego, że ośród ciszy nocnej, zwolna zasypiając, ją tylko widział w zmożonej wyobraźni, a śpiąc już bezwładnie, jeszcze śnił i śnił, i nazajutrz spowiadał się przed nią z rozkosznych czy bolesnych marzeń swoich o niej, wtedy klasnęła w dłonie, jak dziecko i, jak dziecko, srebrnodźwięcznym głosem wydzwoniła do siebie: — Dobrze mi!... Jam jest duszą jego!...

Czas płynął, upływał...

On rósł w miłość i w siłę osamotnienia. Był sobą tylko przy niej i żył pustką, która się powoli dokoła niego wytworzyła — szczęśliw, iż wobec wielkiego uczucia, wypełniającego, czy pochłaniającego całą jego osobę, niemasz dlań szczęścia, radości, a nawet myśli. Wprawdzie zrazu stawiał niejaki opór temu uczuciu przemożnemu, które pozbawiło go woli i wyobraźni twórczej, walczył świadomie z sobą o własną swą duszę, ale w końcu uległ nieprzepartej potędze namiętności: pokochał ouszą całą niepodzielnie. Wampir miłości wpił się w serdeczną żyłę jego jestestwa...

A ona?... Rosła w siłę pragnienia i w ambicję bóstwa, wierzącego dobrodusznie, iż samą miłością swoją stwarza świat, czy światy szczęścia. Kochała, kochała mocno i bezwzględnie, bo taki jest nakaz instynktu, potrzeba serca; ale po pewnym czasie, kochała już tylko wtedy, gdy była przy nim, gdy żar pocałunków przejmował ją dreszczem namiętności, gdy w omdleniu woli czuła się jego duszą. Osamotnienie jednak zaciężyło jej... Zakochała się przez nieświadomość życia; kochała przez ciekawość kobiety, pragnącej widzieć poezję zblizka; potem bawiła się już tylko przez kaprys dziecka, rozdmuchającego zdradnie tlejącą iskrę w płomień niebosiężny; wreszcie przestała się bawić...

W mężczyźnie uczucia i upodobania dziecięce żyją we spomnieniach tylko i to pod koniec jego życia: w kobiecie dziecko pierwotne trwa do końca jej żywota i to ze wszystkiemi swemi uczuciami i upodobaniami, z całą swoją nieobliczalną wrażliwością. I, jak dziecku nie wystarcza do zabawy wciąż jedna i ta sama lalka, tak kobiecie nie wystarcza do miłości wciąż jedna i ta sama forma uczucia. Och, gdyby mąż jej, czy kochanek, mogł wykazywać się przed nią coraz to innym temperamentem lub charakterem; gdyby mogł brać na się coraz inną postać, lub przynajmniej uczuciu swemu nadawać coraz inny wyraz, jakże chętnie kochałaby go przez całe życie, tego jednego swego męża, tego jednego, jedynego kochanka!... Lecz wampir miłości kobiecej nuży się jednostajnością napoju, choćby nim była szczera krew z pod serca!...

I naraz, z rozbawionej a promieniejącej szczęściem i radością, stała się małomówną, zamyśloną, tajemniczą. Na wołanie miłości była prawie głucha, a z oczu jej, od pewnego czasu wciąż już suchych, przezierał zimny blask tęsknoty jakiejś, może za innem szczęściem, za inną radością życia. I jeśli teraz na smutnie przymkniętych jej ustach zjawiał się przelotnie w jego obecności wężyk uśmiechu zagadkowego a przyjaznego, to tylko wtedy, gdy on, strząsnąwszy z myśli obraz czy marę rzeczywistości, wybiegał wzrokiem w dal niepochwytną, ginął w przestrzeni... Zdawało się nawet, iż pod tę chwilę właśnie była mu ona rada, patrzyła nań z lubością. Pewnego razu też, przerywając pierwsza długie milczenie, rzuciła pytanie:

— I cóż tam, w krainie poezji?...

— Pusto i głucho, jak zawsze, gdy nas poetów, w niej niema...

— Czasby może powrócić?...

— Nie wraca się tam wolą, skąd się uszło sercem...

— Szkoda!...

— Bo co?...

Ona, miast odpowiedzi, uśmiechnęła się filutemie i oko dziecięcociekawe, jak ongi, gdy starała się rozmotać tajemnicę jego życia, zapuściła mu w głąb duszy.

On, nie cofając wzroku, odezwał się wręcz:

— Tęsknisz za innem życiem... nudzisz się... Dosadnym ruchem głowy dała odpowiedź przeczącą. On ciągnął dalej:

— Żal ci rozgwaru, zabawy, świata... Osamotnienie dla duszy mężczyzny jest ostoją krzepiącą, zbawczą: kobieta boi się samotności, ucieka od niej bodaj do romansu pisanego, do różańca, albo i do robótki szydełkowej, czy klockowej... Chcesz odejść?...

— Nie! nie!... Jeszcze raz: nie!...

— Z czemże więc kryjesz się przede mną?... Powiedz!...

I ona, jak gdyby od niechcenia, zaczęła snuć rozkosznie dźwięcznym głosem:

— Oto zima przeminęła, a zaczęła się wiosna, — oto kwiatki ukazują się na ziemi, a nastały krótkie noce: — wezbrała dusza pragnieniem, nadszedł czas śpiewania...

— Nie rozumiem tej parafrazy "Pieśni nad pieśniami" w twoich ustach.

— Właśnie w moich powinnaby ona być zrozumiałą dla ciebie, poeto!

— Poeto?... Jam tyle juź nim tylko, co przy tobie...

— Tem lepiej dla mnie!...

— Bo?

— ...Pieśni chcę...

— Pieśni?!... Zaliż życie nasze nie było pieśnią, — jedną wielką pieśnią dwu serc, radujących się ku sobie, tem tylko różną od tamtej, śpiewanej z głowy, iż niewiadomo, kiedy się poczęła, jak się w rymy czy rytmy ułożyła?...

— ...Pieśni chcę powtórzyła zcicha, wolno, jak gdyby chłonąc wyrazy w siebie.

— Pieśni?!... Jestże słowo, w którem byłoby tyle dźwięku, tyle naraz melodji i harmonji, ile ich drgało i drżało w twym głosie, gdyś „oświadczała miłości swoje", nie wymieniając nawet ich z nazwy?... Jestże barwa?...

— ...Pieśni chcę...

— Dziecko!... Ileż to razy myśli nasze porywały się ku sobie, jako stada gołębi, trzepocących srebrnopióremi skrzydły w przezroczu złotych oblasków słońca!... Ileż to razy uśmiechy pragnienia rozpływały się lub tonęły w pocałunkach namiętnych a tak cichych, iż najwrażliwsze ucho nie zdołałoby ich wyczuć!... Ileż to razy wejrzenia nasze krzyżowały się lub roztapiały w blaskach tajemnych od oczu do uczu, niby promienie księżyca, zapadające w bezdenną toń jeziora!... Jestże artysta — poeta, muzyk, malarz — któryby?...

Pieśni chcę, nie wspomnienia miłości, — pieśni żarliwej, jako węgiel ognisty, od któregoby dusza moja zajęła się płomieniem. — pieśni mocnej, jako stal hartowna, w której czułabym się bezpieczną, jak w uścisku śmierci, anie?... to pieśni cichej, jako woda drzemiąca, w którejbym mogła przeglądać się o wschodzie i zachodzie słońca, albo lepiej jeszcze!... pieśni nieprzebranej jako rzeka, po którejbym mogła płynąć w wieczność....

— W wieczność!... Rozumiem: bóstwo miłości chce być bóstwem poezji."

— Czemużby nie?!... Za cenę życia, które ci oddałam, winieneś mi część chwały swojej: nieśmiertelność w pieśni...

— Winienem?... Oto moja pieśń! — zawołał w głos i wraz porwał ją w ramiona i posadził u siebie na kolanach. Nie opierała się. Przywarli do siebie ustami i w pocałunku namiętnym, gwałtownym, zapamiętałym, trwali. Zdawało się, iż w tę jedną chwilę zaklęli cały urok życia: — pragnienie wzajemne... Aż oto naraz głowa jej odpadła od jego ust i podała się nieco w tyl. On trzymał ją prawie omdlałą, wciąż oburącz i z jej twarzy napoi uśmiechniętej, z jej ust napół otwartych, z jej oczu napół przymkniętych pił chciwym wzrokiem czar omdlenia. Pił, może nawet upajał się tym jej wyrazem, który przez najwyższą, choć przelotną podnietę zmysłów, stał się na tę chwilę wskroś niezmysłowym, — prawie nadzmysłowym. Nic, prócz duszy w wyrazie, duszy, która rozpływała się wdziękiem po rumieńcu twarzy, przezierała lubością z poza powiek omdlałych, drgała pragnieniem na uśmiechu ust. I on, pod urokiem tego wrażenia, jął po chwili cichemi, beznamiętnemi pocałunkami spijać powoli tę duszę z jej twarzy, z jej powiek, z jej ust, nie wiedząc, a może i wiedząc, iż własną to duszę swoją spija napowrót i nią się upaja. Nie była to jednak ekstaza podwójna: jej dusza uleciała w krainę ciekawości. To też i teraz pierwsza otrząsnęła się z krótkotrwałego uniesienia i, zbiegając z jego kolan, zawołała głosem podniesionym. Perspektywa zostania bóstwem poezji zawiodła: rozczarowana, — z dwoistego obłoku marzeń zstąpiła na ziemię. Rozstali się...

O! pieśni, pieśni, ty osłodo i ostojo życia, — o pieśni, pieśni, ty powiernico i łzawnico serca, — o pieśni, pieśni, jedyna skarbono nieśmiertelna duszy, — czemużeś tak wymagająca jak, dziecko, tak zazdrosna, jak kobieta, tak wrażliwa, tak zawistna, jak artysta, przez którego i dla którego żyjesz!?...

Czas płynął, upływał...

Po leciech wielu, może nawet niewielu, pątnik sterany fizycznie, ale w bujnej, malowniczej aureoli siwych włosów nad szerokiem, rozumnem czołem, siedział wczesną jesienią na kamieniu przydrożnym ośród pola i tępym, zużytym głosem, to ciszej, to głośniej, z zapadniętej od znużenia piersi wyrzucał jakieś niewyraźne, oderwane słowa. Byłaż to pieśń radości, czy goryczy, pieśń zachwytu, czy żalu, pieśń pragnienia, czy szyderstwa? — któżby odgadł niechybnie, wsłuchując się nawet zbliska w te słowa bez wyrazu, w te tony bez dźwięku, w te akcenty bez rytmu?... A jednak starzecpątnik dopóty powtarza! je uparcie, jak manjak, który, rozgrzebując a rozgrzebując w pamięci tlejące pod popiołem iskry przeżytych wrażeń, wznieca z nich bodaj na chwilę suty płomień wspomnienia, dopóty nabierał tchu w pierś znękaną, aż nareszcie wykrztusił z niej jedną przynajmniej stanzę w całości:

Niechaj Izy twe będą. jako perły lśniące,

A westchnienia, jak opale

Niechaj słowa puste zmienia się w brylanty,

Żywe krople krwi w rubiny!

Do mnie radość! do mnie szczęście!

Złota, życia chcę!

Aliści na drodze w dali, w on jesienny dzień pogodny a słoneczny, porwał się tuman pyłu, kurzu, piasku, a wraz z nim. na ciepłym podmuchu wiatru, poniósł się tętent podkutych kopyt końskich i zgrzyt kół wartkich po zdzierzystej ziemi. Wnet potem na zakręcie, przy kamieniu przydrożnym, ukazał się lekki powóz otwarty, zaprzężony w cztery konie maściste, ogniste, a w nim para małżeńska: — on podżyły już, ale jeszcze krzepki a zadowolony z siebie, uśmiechnięty dobrotliwie, — ona, mimo wiek średni, dorodna, powabna, a rozbawiona oźywczem słońcem przyrody i życia, miecącem jej promienie szczęścia i czaru w oczy, w usta, w piersi. Odziana w szary płaszczyk letni z surowego jedwabiu, na pomiernej, zgrabnie modelowanej głowie miała zielonkawy filcowy kapelusik tyrolski z długiem, zło tawern piórem baźanciem, fantazyjnie podanem w tył, a na ramieniu przewieszony na skórzanym czarnym pasku lśniącym aparat fotograficzny migawkowy. Stangret, ugalonowany złotem, sztywny, ale pewien swej sztuki, dla dodania sobie powagi a koniom ognia, tuż przy zakręcie wypalił z bicza. Pan uśmiechnął się pobłażliwie i głębiej zapadł w siedzę powozu, pani ocknęła się z marzenia szczęsnego i rozbudzonem okiem powiodła dokoła. Wzrok jej padł na pochyloną ku ziemi głowę starca.

I naraz w powietrzu rozległ się donośny, prawie przenikliwy, jak srebrnodźwięczny głos dziecka, krótki okrzyk; Stój!

Pod kopytami koni, pod obręczami kół zgrzytnęła nagle ziemia i powóz osadził się w miejscu.

Pan, korzystając z chwili, zapalił cygaro; pani, wyskoczywszy lekką stopą z powozu, świadoma swego celu, zmierzyła kroki wprost ku pątnikowi.

Ludzie szczczęśliwi, zadowoleni z życia i siębie, szukają wrażeń po drodze. Nie wystarcza im przestawanie z własnemi myślami. Muszą być w ciągłem zetknięciu, jeśli nie z wybranymi tego świata, to z byle kim, byle nowym... A pątnik zdala, przedstawiał się tak malowniczo!... Co za wspaniały, choć przygodny użytek z aparatu migawkowego! co za świetna zdobycz dla kolekcji portretów i typów!... Eureka! Pątnik na kamieniu przydrożnym!...

I pani podeszła i zatrzymała się nieopodal, a potem wyjęła nagłym ruchem ręki aparat z pochewki i stanęła w pozycji nowomodnego myśliwca, składającego się uważnie do Strzału. Naraz uszu jej doszły głuche tony jakiegoś bezdźwięcznego śpiewu, oderwane słowa jakiegoś niewyraźnego mamrotu. Jeszcze chwila i pochwyciła końcowy okrzyk zwrotki: "Złota, życia chcę!"... Okrzyk wydał się jej ciekawym, choć więcej w nim było tonu goryczy, niż pożądania.

Uzbroiła się w cierpliwość i słuchała. Pątnik, plącząc się w myślach, powtarzając zdania, złożył pomału, słowo po słowie, całą wrotkę. Pani, jakkolwiek stała już u kamienia przydrożnego, podsunęła się jednak jeszcze bliżej, jakgdyby chciała zwrócić jego uwagę na siebie. Pątnik uniósł nieco głowy. Teraz całe oblicze jego, okolone siwym włosem, a zbruzdowane pragnieniami, troskami, przeciwnościami życia, zajaśniało w słońcu. Był wciąż malowniczy, ale jakże inaczej, niż pierwotnie sądziła, niżby może teraz chciała!...

Dziwne spotkanie, dziwne wspomnienie!... Zaliż byłby to on, ów poeta zapomniany, ów twórca zazdrosny o duszę swoją, o pieśń niewyśpiewaną?... Co za przywidzenie wyobraźni nagle rozbudzonej!... Nie, nie!... Tamten był tegi tęgością dębu, piękny pięknością duszy, mocny mocą pieśni: oczy jego żarzyły się iskrami pragnienia, płonęły ogniem ducha buntowniczego, usta otwierały się radośnie do uśmiechu, do pocałunku namiętnego, pierś wzbierała falą, dźwięczała hymnem miłości!... Nie, nie!... Precz z tym potworem!... Oczy jego jak szklane, jak kamienie sztuczne: światło w nich, nieodbite, bez blasku, przepada... Usta, jako paszcza rozwarta, w której słowa bez echa zamierają... Pierś, jak kobiel zapadnięta, dźwięku nie wydaje... Nie, nie!... Ta ruina człowieka niegodna jest wspomnienia poezji, miłości!... Precz z marą wyobraźni!

Nie cofnęła się jednak. Bo i jakże?! Podeszła przez odruch artysty, który każde zjawisko ku sobie garnie, a zatrzymała się przez ciekawość dziecka, które każdą prawdę koniecznie Chce poznać do głębi. Coś ciągnęło ją ku niemu;

przysunęła się o krok bliżej i tonem nerwowym, w którym jednak czuć było srebrnodźwięczny głos dziecka, zawołała:

— Starcze! skądeś tu się wziął?...

Starzec nie uniósł głowy, nie odwrócił ku niej oczu, ale też i nie przestał mamrotać: — „Złota, — życia chcę!"...

Miałażby dać za wygraną? Nie byłaby kobietą, w której ciekawość i upór idą z sobąo lepszą. Po chwili też uderzyła w ton niecierpliwie nakazujący:

— Starcze, mówie!... Skądeś tu?!

— Z wiekuistości, godna osobo!...

— To dość górnie, jak na pątnika...

— Bom ja i stąpił tylko na dolinę... — Dokądże droga prowadzi?...

— ....,do brzegu, gdzie dalej niemasz biegu"... Z miłosną pieśnią na ustach?...

— Gdzie ona tam miłosna!... Nie moja zresztą...

— Któż ją ułożył?...

— Życie...

— A kto nutę poddał?

— Ból...

— Nie wyczułam bolu w słowach...

— Bo też nie słowa ranią, lecz rzecz...

— Ja i w rzeczy nie czuję bólu...

— Alboż ona go czuła, gdy wołała: — „Złota — życia chcę!"..

— Co zacz — ona?...

— Uroczny kwiat powrotnej wiosny...

To nieprawda!... Kłamiesz starcze!... Ona nie mogła tak wołać...

— A jednak ja słowa te słyszałem...

— Kiedy?...

— Gdy odeszła...

— Hm! Odeszła... I cóż się z nią stało?...

— Umarła...

— Co mówisz?

— Umarła w pieśni...

— Nie rozumiem...

— A ja i wtedy rozumiałem, jakom był przewidział...

— Czemuż więc umarła?

Bo nie przestała żyć w piersi... Bredzisz, "jak pijany!...

— Bom ja też i pił!...

— Ha, ha ha!... Wyborna myśl!... Starcze! A cóżbyś powiedział na to, gdybym cię tak wzięła do pałacu i, z puharem w ręku, zawołała: — Do Ciebie, poeto zapomniany!... Zbudź się, wstań i twórz!

— Kto o południu życia dal się uśpić złudzie miłości, ten o zmierzchu na syreni nawet głos wspomnienia się nie zbudzi...

— Starcze! Pieśni chcę... Zapłacę!...

— Jestem zapłacony...

— Jak? czem?... Wspomnieniem przeszłości...

Dobrze więc!... — Daj mi pieśń, ale swoja!... Pieśń przeszłości, pieśń wspomnienia!... Odpłacę ci się z pełni serca... Położę balsam kojący na ranę, ogrzeję duszę...

— Kto sprzeniewierzył się pieśni, ten napróżno wydawałby duszę swą na męki...

— Poznaję cię... Ten sam jesteś, co i dawniej!...

— Ten sam, ale bez niej, — bez pieśni...

— Ha!... Bóg z tobą!...

Niech Pan Bóg prowadzi...

W tej chwili też i z powozu odezwał się głos niecierpliwy:

— Cóż to moja pani tak romansuje z dziadem przydrożnym?... Już i drugie cygaro wypaliłem...

— Szczególne spotkanie!... Ot, tak sobie!...

Chciałam duszę tego starca ożywić wspomnieniem i wydostać z niej pieśń zaczętą...

— I cóż?...

— Jedźmy!... On nie ma duszy...

— Takżeś chciała!!...

SKRZAT.

Wrzesień, r. .

Iw dal, w bezmierną dal, na jednostajnie wzbierającej i opadającej fali smutku, niosły się kolejno: to wołania tęskne, — to wspomnienia szczęścia minionego, — to wybuchy namiętne serca bolejącego, — to znów wołania, a dal nie oddawała ich: tonęły głucho w przestworzu obojętności, jakgdyby nikt ich nie słuchał, — nikt ich nie słyszał... Jeszcze chwila — i ostatnie westchnienie żałosnego "Preludjum Cis mol (op. )" Chopina skonało pod palcami muzykawykonawcy delikatnie, cicho, niby szmer łzy, padającej na obumarły liść kwiatu...

Skonało, — ale nie bez echa: westchnieniu cichemu odpowiedziało westchnienie dźwięczne, głębokie, a równie żałosne. Muzyk, nie wstając od fortepianu, odwrócił głowę i spojrzał za siebie. W framudze okna balkonowego, za koronkową firanką, przepuszczającą nieco światła księżycowego, rysowała się nieznacznie drobna postać niewieścia.

— Ty tu?? zawołał, zdziwiony.

— A któżby, jeśli nie ja?!...

— To prawda... Ale skądżeś się wzięła tak znienacka w mojej samotni?

— Albożem to nie skrzat? nie duch?... Ułożyłam się na promieniu księżyca, — owinęłam się w fale dźwięku, płynącego od okna, — przemknęłam się otworem międzycząsteczkowym szybki, — i jestem!... Firanka nie puściła mnie dalej.. Uwięzłam bezradnie w szlakach, okach i krzyżykach koronek, jak płochliwa muszka w splotach pajęczyny... Nieznośna firanka!... A tak chciałam dopłynąć do ciebie. — usiąść ci na ramieniu...

Pójdź i siądź'....

A będziesz mi grał, mistrzu?...

— Nie nazywaj mnie mistrzem!... Nie znoszę tego tytułu!...

— Miałażbym zwać cię szwagrem, albo i dziewierzem, jak mawiały ene praprababki nasze?...

Alboż nie jesteś mi świeścią?... Nazywaj mnie więc z urzędu bratem...

— Nie chcę brata w tobie!...

— A jednak jesteś mi duszą bratnią, bo siostrzaną;... Bez ciebie życie nie miałoby już dla mnie żadnego uroku...

— Wolałabym, aby miało ono urok dla ciebie, nie bez — ale przeze mnie...

— Czy to gra słów tylko?

— Nie!

— To pójdź i siądź przy mnie... Przy tobie nie!...

— Więc?...

— Jeśli będziesz gra! dla mnie, — rozumiesz?... dla mnie, to ułożę się na dywanie, jako wąż miękko płynący na fali rytmów dźwięcznych, a potem, gdy skończysz, przypełznę do stóp twoich i złożę hołd artyście, który był umarł i ożył....

Pójdź!... Chcę grać dla ciebie...

Chcesz... To mi nie wystarcza... Pragnę pieśni z serca przepełnionego, a nie muzyki z nakazu woli!...

— Artysta jestem, moge grać tylko to, co samo dźwięczy mi w duszy...

Dobrze... Niech otworzy się dusza twoja przede mną!... Ale pamiętaj!... Jeśli trwać będziesz w smutku beznadziejnym, jak przedtem, to zawisnę na twojem ramieniu, jako ptaszek niesforny, i roztrzęsę ci duszę szczebiotem psoty, żartu, śmiechu...

— Pójdź, niech smutek odejdzie ode mnie!... A jeśli nie odejdzie?...

Odpędzę go!... Wezmę cię na kolana, jak ongi, gdyś miała dwanaście lat i bedę snuł przed oczami bujnej twej wyobraźni fantastyczne marzenia o szczęsnej przyszłości!...

— Nie chcę marzeń fantastycznych!... Chcę szczęścia rzeczywistego, chcę upojenia, bodaj takiego, jakie mi dawała twoja muzyka, gdyś był mistrzem, a nie grajkiem kaleczym, umiejącym wydobywać jeden tylko ton...

— Będziesz je miała!... Czekam... Boję się...

— Czego?...

— Ciemno w pokoju...

— I to mówi skrzat psotny!... Cóż za duch z ciebie?

— I duchowi nie przystoi psocić na ślepo... Artysta wstał od fortepianu, szybko zapalił świecę w kandelabrach kryształowych na stole i lampę wiszącą u sufitu, poczem, gdy światło zajaśniało pełnią blasku w salonie, skłonił się dwornie w stronę framugi okna. Z za firanki wybiegło ku niemu dziewcze zwięzłe, zgrabne, jasnowłose, z wdzięcznym rumieńcem na twarzy, z przenikliwem, ciekawem spojrzeniem w czarnych, głęboko pod rozumnem czołem osadzonych oczach, z zagadkowym uśmiechem na ustach, wytwornie narysowanych w falującą linję zwinnego wężyka, a równie chętnie zacinających się do wyrazu ironji, jak rozwierających się do wybuchu wesołości.

I teraz w salonie, dostatnio umeblowanym, a stanowiącym, wraz z dwoma przyległymi pokojami, tymczasowe mieszkanie artysty w obszernym dworze wiejskim, zapanowała radość życia: śmiech swobodny, przeplatany szczebiotem wesołym, przyśpiewywaniem dźwięcznem, ruch nieustanny, krzątanina. Nie było drobiażdżka galanteryjnego, cacka artystycznego, fraszki, rupiecia czy wazonika na stole i stolikach, którychby zwinny skrzacik nie dotknął palcami; nie było zakątka, do któregoby nie zajrzał; nie było zeszytu nut, czy tomu książek, któregoby me przesunął z miejsca na miejsce; nie było kwiatka, któregoby nie powąchał z okrzykiem podziwu! Gdy jednak przyszła kolej na sumienne podlewanie roślin, starannie skądinąd hodowanych, artysta, siadając w głębokim, wygodnym fotelu, odezwał się żartem:

— I to się, według kobiet, nazywa: robić porządek!...

— Przedewszystkiem nie jestem kobietą, a następnie nie przyszłam porządkować ci pokoju...

— Lecz?...

— Z urodzenia jestem duch psotny, o czem wiesz dobrze, a z upodobania lekarz. — może czarnoksiężnik...

— Ty?... lekarz?... To nowina dla mnie!...

— Tak jest... I, jeśli przypływam tu z przestworza, nie proszona, nie wołana, to na skrzydłach miłosierdzia, by leczyć duszę twoją...

— I na cóż to, według ciebie, jasnowłosa czarnoksiężniczko. dusza moja jest chora?

— Na łzę piekącą, która się zebrać nie może...

— A ty chciałabyś wypuścić ją pewnie?...

— Chcę i wypuszczę...

— Ułatwię ci zabieg leczniczy: weź lancet albo i długą szpilkę stalową, pchnij tu ostro, pod piąte żebro, a razem z krwią serdeczną wypłynie i łza...

— Na taki zabieg łada weterynarz by się zdobył!... Ja wypuszczę ją zamówieniem, śmiechem, może nawet uśmiechem: — niech tylko mój mistrz będzie mi powolny, posłuszny...

— Jak dziecko... Zamawiaj tedy!...

— Cierpliwości!... Najpierw trzeba przygotować grunt, — wyrwać organizm cały z odrętwienia...

— Już czuję podróż. wyjazd za granicę...

— Bynajmniej!... Podróż jest lekarstwem arcyskutecznem, ale dla tych, którzy na miejscu paltota i parasola, potrafią troskę swoją zawiesić na kołku w przedpokoju...

Więc cóż?...

— Na początek — powrót do pracy zawodowej, aż do utraty pamięci!...

Praca mi omierzła... nie jestem zdolny do żadnego wysiłku...

— To nic!... Można się włożyć do pracy pomału.

— Zamawiasz, jak ksiądz!... A następnie?...

— Nawiązanie stosunków towarzyskich...

— Chcę być sam... Towarzystwo męczy mnie. nudzi...

— Dziękuję za komplement... Odchodzę... Dobra noc!...

— Cóż to za lekarz, który słowa ogólnikowe tak odrazu do serca bierze?...

— Dziękuję za napomnienie... Zostaję... Dzień dobry!...

— No, i jak tu nie kochać takiego czarnoksiężnika?!...

— Nie sztuka kochać, gdy się samemu jest kochanym...

— I któż to tak bardzo mnie kocha?...

— Przeciewszystkiem te tysiące słuchaczów i słuchaczek, które oklaskują cię na koncercie za każdy drobiazg muzyczny, rzucony im od niechcenia, — a następnie... ja!...

— Ty?..

— Ja!... Ja skrzat, — ja duch, — ja czarnoksiężnik!... Wiesz chyba o tem...

— Wiem nie ad dzisiaj, iż mnie lubisz...

— A nie chcesz wiedzieć, iż od wczoraj cię kocham!..

— Dlaczego od wczoraj?...

— Od wczoraj, czy onegdaj, — tego i ja sama nie wiem... Dość, iż kocham cię...

— Niezrównany skrzacik!... Mówisz, jak gdybyś miała jeszcze owe dwanaście lat, kiedy siadywałaś u mnie na kolanach...

Ach, czemuż dziś ich nie mam!... Byłoby mi dobrze, jak wtedy, gdyś mi opowiada! bajeczki przedziwne, a na zakończenie śpiewał kołysanki rzewne...

— I usnęłabyś w moich ramionach?... Jak wtedy!...

— Siądź!... Oprzesz głowę o głowę moją, — skroń w skroń, bym w myśli twojej łatwiej mogł wyczuć tętno serca swego, a opowiem ci bajkę, taką śliczną, taką nieprawdopodobną, iż zaśniesz przy niej i bez kołysanki, zanim skończę...

I ona podbiegła doń żwawo, siadła mu na kolanach, oparła głowę o jego głowę, skroń w skroń, dała się ująć w pół. jak dziecko, i — zapatrzona w przestworze okna, ciągnące czarną tajemnicą otchłani wźrok jej ku sobie odemknęła usta, nastawiła ciekawie ucha.

Artysta, piękny mężczyzna w pełni sił życiowych, z bujnemi blond włosami, spadającemi mu niedbale na barki, — ale z uśmiechem skamieniałym na jasnej twarzy, ale z brózdami troski na czole, a z wyrazem niepokoju w oczach, to pałających żarem namiętności, to znów lśniących szkliwieni martwoty, zaczął po chwili:

— „...Dawno dawno temu — a może i nie tak dawno — żył był dorodny młodzieniec, — szczęśliwy pieszczoch losu... Nie zbywało mu na niczem — ani na dostatku — ani na przyjaźni ludzkiej — ani na czczej chwale, która szła za nim i przed nim..."

— Nie, — nie tak!... Zaczynam od początku:

„...Dawno dawno temu a może i nie tak dawno — żyła była nad wysłowienie urodziwa panna — z czarnemi, jak heban, włosami — z czarnemi, jak dwa gagaty, oczami — z krasnemi, jak wiśnie, ustami — z białemi, jak perły, zębami — zapalna, może nieco popędliwa, a taka tajemnicza w mówie, jak gdyby chciała, by domyślano się tylko skarbów jej umysłu i serca — istne upostaciowanie Grzechu w pięknie, czy też Piękna w grzechu... Szczęśliwa oblubienica losu!... Nie zbywało jej na niczem — ani na dostatku wielkim — ani na przyjaźni ludzkiej — ani na dworakach, dworujących stale, — ile że mieszkała w okazałym dworze na wsi... Przypadek sprawił, iż pewnego razu do tego okazałego dworu zabłądził był ów dorodny młodzieniec, szczęśliwy pieszczoch losu... Szczęśliwy!... Lecz, któż to wie o sobie, kiedy i gdzie sądzono mu ledz od cegły, spadłej z dachu, lub złamać nogę na równej drodze?... Był bal — bal. co się zowie — z setką osób w wielkiej sali — z orkiestrą w przysionku — z beczułkami wina na stołach z tańcami wirowemi i suwalnemi. a co ważniejsza z drabantem i białym mazurem na zakończenie... Królową balu była owa nad wysłowienie urodziwa panna, o którą dobijała się cała młodzież płci męskiej, — królem balu był ów dorodny młodzieniec, szczęśliwy pieszczoch losu. a zarazem i mistrz tańca... Aliści, nad ranem, gdy tańczono odbijanego, — a szło o królowę balu. młodzieniec ów pośliznął się na pestce od pomarańczy, niebacznie porzuconej na posadzce, upadł i złamał nogę, — wypadek tem przykrzejszy dla otoczenia, iż pod tę chwilę właśnie, major domus wzywał cale towarzystwo na tradycyjny barszcz i bigos"...

Dziewczę westchnęło z cicha.

— Śpisz już?... Śpię...

To dobrze. będę mówił dalej: "...Młodzieniec był dzielny, jak rycerz z bajki: ani krzyknął z bólu, ani zemdlał ze strachu, uśmiechnął się nawet czule do królowej balu, ktorą podała już była rękę innemu... Zwykły to bieg życia w tańcu, czy tańca w życiu!... Niebawem też przeniesiono go do jednego z licznych pokojów gościnnych w oficynie posiano po chirurga do sąsiedniego miasta — zaczem pozostawiono go własnemu jego losowi... I los zaopiekował się. nim!... Po kilku, czy kilkunastu dniach, gdy chory zaczął już wstawać z łóżka i niecierpliwie wyczekiwał ozdrowieństwa w totelu. pewnego razu do pokoju jego wpadło dziewczątko dziecko prawie żywe, jak skierka, psotne, jak skrzacik, — z jasnymi kędziornemi włosami z czarnemi, jak dwa błyszczące węgielki, oczami — ze zgrabnemi, jak dwa przytulone wężyki, ustami istne upostaciowanie wdzięku w kształtach i wyrazie!... A niosło ono w jednej ręce pęczek barwnych kwiatów cieplarnianych, w drugiej zaś koszyczek owoców wyśmienitych... Była to młodsza, o kilka lat młodsza siostra owej nad wysłowienie urodziwej panny... I pomiędzy tym dorodnym młodzieńcem, a tą wesołą, choć często psotną dziewczynką zawiązał się niebawem przyjacielski stosunek... On pokochał ją, jak dziecko swoje, — ona pokochała go. jak starszego brata... I było obojgu dobrze: — jemu, iż narazie miał żywą duszę przy sobie. — jej, że miała przy kim rozpromieniać swą nad wiek bujną wyobraźnię... I byłoby to trwało długo, długo, — może do końca ich życia, a może i dłużej, — gdyby nie to, iż owa urodziwa panna, namówiona, wciągnięta prawie gwałtem przez młodszą swą siostrzyczkę, zdecydowała się pewnego dnia odwiedzić chorego młodzieńca... I powstał romans, taki czuły romans, — jak w bajce... On nie mógłby żyć bez niej. — ona nie mogłaby żyć bez niego: — raczej umrzeć!... Po zwalczeniu różnych trudności i przeszkód rodzinnych pobrali się"...

Dziewczę w tej chwili westchnęło znowu.

— A może znasz tę bajeczkę?...

— Znam... Znam...

To dobrze. słuchaj dalej: .....Było to małżeństwo prawdziwie z miłości: — on kochał ją, jak życie swoje. ona kochała go nad życie... On był jej niewolnikiem — ona była jego niewolnicą: — żadne nie chciało panować... Prześcigali się w uprzejmościach względem siebie, — odgadywali myśli swe, — uprzedzali pragnienia... Było to urzeczywistnienie szczęścia w miłości!... Ale gdzież jest światło bez cienia?... gdzież jest szczęście bez cierpienia?... gdzież jest miłość bez zdrady?... Jeszcze rok, jeszcze dwa lata owego nieba, czy raju na ziemi, a już, gdy on całkiem zapadł w miłość, a ona wybujała w próżność, „młodzieży rój otoczył ją"... I roiło się około niej od natrętów, wyśpiewujących na jedną nutę, jak w pospolitej, głupiej piosence: "Ujrzałem raz i kocham już!..." I ona uwierzyła, — zwłaszcza, iż do duszy kobiety łatwiej jest wkraść się pustem słowem, pieśnią głupią, a może i udaną, niż mądrym, a szczerym wyrazem uczucia niekłamanego, — i... odbiegła go. — Z tym, czy z innym?... z palaczem od samochodu, czy z urzędnikiem od ubezpieczeń? — wszystko jedno: — nie pytał, nie badał, — dość, iż cegła z dachu spadła mu na głowę!... Okaleczał: zaniewidział, zaniemówił... Przed oczami jego wyobraźni stanął Cień!... Daremnie teraz na niebie swego życia wypatrywał gwiazdy świecącej przeczystym blaskiem szczęścia, czy miłości rozkosznej!... Wszędzie i zawsze, — na odludziu, czy w gromadzie, w noc ponurą, czy w dzień biały, — widział Cień, — nic, — jedno Cień!... A gdy dusza jego wyła wilczym skowytem zazdrości, usta umiały jeno bezmyślnie powtarzać słowa pacierza, albo liczyć od jednego do stu i potem znów od jednego do stu..."

— Ale co widzę?... Skrzat ma łezkę w oku... Czy to ze snu?...

— Tak... śniło mi się, iż mówie pacierz... Ale moge i zaśmiać się w tej chwili, jeśli chcesz...

— Nie, nie!... Daj mi zcałować tę łzę z oka swego!

— Słona jest — nie ugasiłbyś pragnienia...

— Nie chcę gasić!... Pozwól mi pragnąć...

— A jeśli nie pozwolę?...

— Będę prosił... żebrał...

— Cóź stad?... Nie zadowoliłbyś się jałmużną...

Kto wie?...

Ja wiem. że nie!... I skarb cały nie wystarczyłby ci na pociechę, której szukasz, zawołała dźwięcznym głosem i, zsunąwszy mu się z kolan, pędem prawie wybiegła na środek salonu.

— Jakto?!.. I nie ciekawaś końca bajki?..:

— Na co? po co?... Sama zresztą mogłabym dokończyć za ciebie...

— Dokończ!...

— .....A owo dziewczątko. dziecko prawie, bo mu wtedy było dopiero cztemaście lat, otworzyło szeroko oczy i patrzało smutnie na owego kalekę opuszczonego, — patrzało, patrzało, — a on smutku tego nie widział" "

— I to koniec? ..

— Nie! to początek.

— Mów! Mów dalej...

— Dusza moja w tej chwili nie nastrojona na ton elegji... Teraz chcę psocić, śmiać się, tańczyć, śpiewać... a potem, jak w sennem marzeniu, wzbić się w przestworze, ponad mgłę ziemi i opary wód, wysoko, wysoko, gdzie piersi nie starczy na nabranie tchu, a serce bije tak mocno, iż tłumi głos sumienia!... Jakże chętnie, porwana tętnem krwi własnej, oddałabym się złudzeniu, iż płynę w wieczność...

Podróż aż miło!... Żałuję, iż nie moge ci w niej towarzyszyć...

— Czemu?...

Nie mam skrzydeł...

A jednak mógłbyś je mieć. gdybyś chciał... Złudzenie!...

Bynajmniej... Dość byłoby ci sięgnąć ręką do zaczarowanego swego skarbca, aby wydostać z niego narkotyk, godzien wonności wschodnich, albo i haszyszu...

Wyborna myśl!... Każę podać wino...

— Nie rozumiesz mnie... Chcę uskrzydlenia duszy, aby nie być tu, a być...

I wino zdziałać to może... Mylisz się: wino daje niepamięć rzeczywistości, a ja chcę pamięci marzenia...

— Niestety, skarbiec mój jest pusty i dlatego może nazywasz go zaczarowanym...

— Nie pusty jest. lecz zamknięty — i to z własnej woli twojej...

Otwórz go!...

Pozwalasz?...

Najchętniej... Teraz dziewcze krokiem powolnym, poważnym zbliżyło się do fortepianu i, przybierając tajemniczą minę czarodziejki, zawołało w głos tonem uroczystym:

„Sezamie, otwórz się!"...

— Cha, cha, cha!... I to nazywasz moim skarbcem zaczarowanym?...

— AJboż nim nie jest, gdy duszę swoją weń zaklniesz?...

— Bliższym mej duszy byłby obecnie sezam z pokoju stołowego, — skarbiec kredens, w którym na półkach stoją butelki z winem przedniem, kamionki z likworami mocnemi, a nawet od przypadku gąsiory z alkoholem bezwodnym...

— Bredzisz, mistrzu!... Siadaj i graj!...

— Nie moge!... Artystą jestem: muszę czekać usposobienia, — chwili...

— Chwila jest po temu... Graj dla mnie!... odczuję najtajniejszy przedżwięk twej duszy...

— W duszy mojej, prócz jęku, nic nie dźwięczy...

— Rozdźwięcz ją dla mnie!... „Skrzat" prosi — dodała szeptem, patrząc mu błagalnie w oczy...

I artysta, zwolna, ociężale, z widocznym wyrazem niechęci na twarzy, przeszedł do fortepianu. Niebawem też palce jego zaczęły błąkać się po klawiaturze. Nie była to jednak muzyka. Preludjował bezładnie, przerzucając się od tonu do tonu, od rytmu do rytmu, od motywu do motywu, jakgdyby szukając czegoś w pamięci. Naraz podsunęła mu się sama pod palce tonacja Ci-mol — i wraz z nią zadźwięczały rzewnie pierwsze akordy „Preludjum" Chopina.

— Nie chcę tej tęsknoty! nie chcę tej skargi z rozdartej piersi!... Śmiej się do mnie tonami!... Graj mi Scherza, Kaprysy, Fantazje!... Chcę szaleć w wyobraźni, rozpływać się w przestworzu, oderwać się od ziemi, nieść się za tobą w obłoki...

— Kaleka jestem... Skrzydła mnie odpadły...

— Więc zostań przy ziemi!... Graj mi Romanse, porywające żarem uczucia.!... Chcę spłonąć... Słyszysz?... Chcę spłonąć w ekstazie, ale", miłosnej!."

I teraz artysta, w odpowiedzi na to wezwanie płomienne, nie wahając się ani chwili w wyborze tematu, lecz z głową, jakby pod przymusem opuszczoną ku klawiaturze, wprawił palce w drobny, lekki, prawie migawkowy ruch, który sam przez się był już niejako porywem uskrzydlonej duszy. I pod prawą jego ręką zatrzepotały się dźwięki kryształowe, jasne, radosne, jak brzęczenie pszczół, świeżo wyrojonych pod kopułą lipy. z pod lewej zaś wypłynęła pieśń rozlewna, namiętna, ekstatyczna: — końcowy duet miłosny dwojga kochanków, stojących w obliczu śmierci, z piątego aktu „Aidy" Verdiego.

A gdy ostatnie dźwięki rozwiały się nieznacznie, mekko, jak echo westchnienia na fali cichego jeziora, artysta obejrzał się za siebie, szukając tęsknie zamglonemi oczyma tej, która na chwilę obudziła odrętwiałą jego wyobraźnię...

Napróżno... Nie było już jej w salonie... Jak tajemniczo się zjawiła, tak też i tajemniczo zniknęła, zostawiając tylko po sobie czar pragnienia w jego sercu i duszy.

...I w dal. w bezmierną dal. na jednostajnie wzbierającej i opadającej fali smutku, niosły się kolejno: to wołania tęskne, to wspomnienia szczęścia minionego, — to wybuchy namiętne serca bolejącego. znów wołania,a dal nie oddawała ich: tonęły w przestworzu obojętności, jakgdyby nikt ich nie słuchał, nikt ich nie słyszał...

Aliści, naraz, w chwili najwyższego napięcia bólu, rozlewna melodja cudownego "Preludjum" Chopina urwała się nagle. Muzykwykonawca drgnął całem ciałem: ręce same odpadły mu od klawiatury. Nie ruszył się jednak z miejsca: głowę miał uwięzioną w delikatnych dłoniach, a oczy przesłonione drobnemi, wdzięcznie zagiętemi, niby szpony wytwornego ptaszka, palcami.

— I znów jakaś psota swywolnego skrzacika — odezwał się tonem wesołym, daleko odbiegającym od nastroju żałosnego nagle przerwanej muzyki.

— Bynajmniej!... Nie psota to, ale posłuszeństwo...

— Względem kogo? czego?

— Wołałeś, mistrzu!...

— Ja?... ciebie?... Ty... mnie — mnie! Śniło ci się chyba...

— I wyśniło się!... Słyszałam, — wyraźnie słyszałam imię swoje...

— Ale ja grałem „Preludjum" Chopina!... Właśnie!... A z pod palców twoich, zanim porwała się tęsknota namiętna za marą serca zranionego, odezwało się po dwakroć wezwanie błagalne...

— Przesłyszałaś się najwidoczniej...

— Szkoda... A tak się ucieszyłam!... Zdawało mi się, iż zawołałeś najpierw zcicha, pomiernie: „Skrzat!" a potem głośniej, dłużej: „Skrzaaat!"...

— Tak jest!... Tak!... Zgadłaś, przeczułaś!... Nie chciałem powiedzieć ci tego odrazu... Grałem dla siebie, — ale myślałem o tobie, o twojej duszy dziwnie szczerej a płomiennej... Jeszcze chwila, a byłbym zawołał na Ciebie po imieniu!...

— Muzyk jesteś: — komponujesz sprawnie...

— Dobra kompozycja starczy za prawdę...

— Przyznajesz się?...

— Jeszcze nie... Ale przyznam się niezawodnie, gdy uwolnisz nareszcie głowę moją z więzów... Chcę widzieć światło, ciebie!...

Takeś powiedział, jakgdybym ja ci to była tem światłem...

— A któż — jeśli nie ty?...

— Szczęśliwi, którzy chodzą krętemi ścieżkami kłamstwa, albowiem nie potkną się na prostej drodze prawdy — odparła filutemie, wyzwalając głowę jego i oczy z więzów i poskoczyła ku płóciennej siedzyhuśtawce. zawieszonej na drążkach w wysokiej ramie stojącej, w rogu salonu.

— Nie kłamię! — zawołał głosem donośnym, porywając się od fortepianu, poczem siadł w fotelu, nieopodal huśtawki i po chwili dodał miękko:

Jesteś mi światłem, płomieniem...

— I odkądże to mistrzufantasto?...

Od dziś... Od chwili, gdym na powiekach, nagle przymkniętych, uczul ciepło dłoni twojej...

— I powiadają, iż kobieta jest kaprysem, chimerą, sfinksem nieodgadnionym...

— A cóż tak dalece zagadkowego jest w mojem powiedzeniu?...

— Nie słowa człowieka są zagadką, ale pobudki myśli... Od nastroju beznadziejnie rozpacznego do wybuchu radości droga jest niedaleka, ale... przez furtkę kłamstwa.

— Jakiż miałbym powód kłamania?

— Mężczyzną jesteś... Nie głód miłości czujesz, lecz gorączkę pożerania...

— Mylisz się: serce moje wezbrało nadzieją szczęścia...

— Czy na myśl, iż sposobność nadarza się po temu?...

— Klnę się na honor...

— Miłość nie zna honoru... Więc nie wierzysz mi?

— Teraz ja ci opowiem bajeczkę, ale taką śliczną, taką prawdziwą, iż napewno nie uśniesz przy niej, zanim skończę odrzekła, nie przestając bujać się w płóciennej huśtawce.

— Słucham...

— .....Był staw, duży, duży staw, a w stawie aż się roiło od żarłocznych szczupaków. Lecz co się dzieje?... Pewnego razu kazano rybakowi miejscowemu zastawić więcierz i ułowić na potrzebę dworu dwadzieścia sztuk, pod liczbą. I rybak zastawił więcierz i po godzinie wyciągnął go na brzeg, a wraz z nim pięć szczupaków okazałych — i wrzucił je do sadzu na brzegu stawu. A potem zastawił drugi raz więcierz i wyciągnął cztery sztuki, a potem trzeci raz i wyciągnął sześć sztuk, — a w końcu, po upływie czterech godzin, wyciągnął jeszcze raz więcierz i wydostał z matni pięć sztuk: razem dwadzieścia szczupaków, wśród których był jeden na podziw wielki, godzien królewskiego stołu, — poczem wyjął je z sadzu i wrzucił na pół martwe do kosza. Gdy jednak przyszło zdać liczbę, okazało się, iż w koszu jest tylko dziewiętnaście szczupaków... Gdzie się podział jeden?"

Może ziemia rozstąpiła się pod nim?... Nie przeszkadzaj! ...„Zapóźno już było na rozpoczęcie dodatkowego połowu i rybak, rad nie rad. oddał do dworu to, co miał w koszu. Lecz, o dziwo! dwudziesta sztuka znalazła się niebawem i to... w kuchni na stole. Cudu tego dokonał nóż kucharza. Bo oto, co się nie dzieje?... ów na podziw wielki szczupak, może najsrożej dotknięty losem, może najbardziej odczuwający brak żywiołu swego, wody i swobody, w ostatnim, przedśmiertnym wysiłku życia, ulegając instynktowi, połknął mniejszego od siebie towarzysza niedoli, ponieważ... sposobność nadarzyła się po temu"...

Czy to aluzja do mnie?

Tak!... Cierpisz do głębi duszy i chcesz ból zagłuszyć zdradą...

Skądże ten wniosek?...

Sam to powiedziałeś mi niegdyś...

— Kiedy?... jak?...

— "Każdy mężczyzna, w przezornej trosce o duszę swoją, powinien kochać dwie kobiety naraz:

jeśli jedna zawiedzie, druga będzie ucieczką od rozpaczy".

— Szczerość głupcasamoluba!... Colam słowa...

— Zapóźno!... Słowo, szczere, acz nieopatrznie rzucone w duszę wrażliwą, przenika do krwi i uczy więcej, niż mądre kazanie na temat ostrożności...

— Pocóż ostrożność, gdzie niemasz zdrady?...

— Jakto?.'... Nie kochasz się we mnie, a chcesz, bym ja kochała się w tobie..

— Nie kocham się... Hm!... Alboż ty kochasz się we mnie?...

— A kocham się...

Na to słowo, wyrzeczone z cala szczerością i prostotą czystej duszy, artysta zamilkł. Nie stać go było na wybuch namiętności: — skłamać nie śmiał. Nastała cisza, miarkowana tylko chrzęstem drążków bambusowych, podtrzymujących na hakach żelaznych płócienną siedzęhuśtawkę. I tak milczeli przez chwilę oboje: on w fotelu, z głową utopioną w dłoni, ona, zawieszona w powietrzu, rozbujana, z wdzięcznym uśmiechem na ustach, zapatrzona w przestrzeń.

Nagle on porwał się z miejsca, stanął przed nią śmiało i zawołał z głębi piersi:

— Pękła struna bólu!... Chcę żyć przez ciebie i dla ciebie!...

— Nie szafuj słowami!... Kocham cię i chcę, byś żył dla... siebie odparła głosem dźwięcznym, lecz stanowczym. poczem, niby ptak spłoszony znienacka, sfrunęła lekko z huśtawki i pobiegła na otomanę, gdzie nie dochodziło światło od lampy wiszącej u sufitu, a świece w kandelabrach na stole rzucały tylko długie, fantastyczne cienie od wielkiego wazonu z bujnym, rozłożystym kwiatem u wierzchowia.

On. na razie, pozostał w miejscu z głową opuszczoną ku ziemi.

Po chwili jednak, jak pijany, niepewien ruchów swoich, na chwiejnych nogach, wiedziony raczej instynktem, niż wolą. skierował się ku fortepianowi i prawie bezwładnie usiadł na krześle. W duszy jego toczyłe się walka. Oddychał głośno, jak człowiek, czy zwierz, dający folgę długo tłumionemu pragnieniu. I naraz obudził się w nim artysta, który był umarł! Ręce same sięgnęły klawiatury — i z pod palców wypłynęły dwa dźwięki akordowe, delikatnie, cicho a zwolna, niby szmer łzy, staczającej się rytmicznie z obumarłego na żywy liść kwiatu...

Nastąpiła cisza, wśród której dało się słyszeć z otomany westchnienie przejmująco żałosne.

Ale cisza ta trwała krótko, — chwilę tylko, chwilę, potrzebną gienjuszowi twórczemu do namysłu, do powzięcia idei i stworzenia planu kompozycyjnego prawie nieświadomie, w mgnieniu oka.

Była to pauza przedwstępna, jak gdyby dla nabrania tchu, — pauza złowroga, po której porwały się wraz te same dwa dźwięki akordowe, ale porwały się rytmem nerwowo zerwanym, krzykiem okropnym duszy, przerażonej nagłym szałem, porwały się burzą, pędzącą na oślep, roztrącającą sztuczne przeszkody, niosącą błyskawice i pioruny, dającą smierć żywym, powołującą do życia umarłych. I burza ta rosła, — rosła w one błyskawice oślepiające, w one pioruny ogłuszające, — rosła w dzikość i gwałt, w krzyk i zniszczenie, — aż w końcu, wyczerpana z zasobów żywiołu, zawyła skowytem bólu i, nagle złamana, zatrzymała się w miejscu.

W tej chwili od strony otomany dał się słyszeć okrzyk radosny:

Mistrzu! mistrzu!...

Mistrz nie odpowiedział, ale pod palcami jego zahuczały teraz akordy mocne, twarde, jak nakaz woli; „Stój!... Ani kroku dalej"... I wnet po nich zadźwięczał kilkakrotnie ton cichy, mistycznie mglisty, niby głos z dali, wabiący ku sobie... Hola!... Nie pogoń to była za marą, lecz ucieczka od rozpaczy!... I teraz popłynęła pieśń rzewna, słodka, miękka, przelewająca się jedną falą melodji od tonu do tonu, a tak spokojnie smutna, jak kołysanka, usypiająca dziecko do snu zbawczego, a tak dźwięczna, jak wspomnienie szczęsnej młodości, nagle rozżarzonej pod popiołami spalonych lat burzliwego życia, a tak cicho pod koniec nucona, iż mistrzimprowizator, gdyby był mniej upojony natchnieniem, mógłby był usłyszeć błagalny szept;

— Jeszcze! jeszcze!...

Lecz mistrz szeptu tego snadź nie słyszał, bo Oto pieśń dziecięcio naiwna przelata się odrazu w potok wartki, w pieśń krwi. która wprawdzie z początku płynęła umiarowo, niby spokojna fala żywiołu dobroczyńczego, lecz następnie, przybierając na sile. na śmiałości, ogarniała stopniowo coraz więcej dźwięków, stawała się głosem namiętności, przemieniała się w krzyk zmysłów, pożądających a niepohamowanych, domagających się natarczywie oddźwięku w głosie obocznym, wtórym. I głos ten zjawił się na to wezwanie, czy wyzwanie i, porwany urokiem namiętności, zlał się z pierwszym w duet rozkoszny, przetapiający wszelkie dysonanse na spiżową moc harmonji, w której namiętność zmysłowa przez sam żar uczucia sublimowała się, na chwilę przynajmniej, w uskrzydlony, w uduchowiony wyraz życia, — w miłość bezgraniczną, będącą samej sobie celem.

Pod tę chwilę z otomany dał się słyszeć kryształowo czysty a dźwięczny glos:

— Płonę!...

Ale echo tego głosu nie przebrzmiało jeszcze, a już pod palcami mistrzaimprowizatora zachichotał tryl nerwowy, niby śmiech szatański, śmiech bólu i zwątpienia, śmiech krwi zahamowanej, czy gardła zduszonego pragnieniem. To miłość zdeptana, czy stargana, tak dopominała się swego prawa do cierpienia".. I teraz porwał się jęk duszy, wydanej na pastwę samopalenia, jęk żebraka, czy kaleki, umiejącego tylko wołać; — „Litości! litości!"... Jeszcze raz: ..Litości!"... I tak bez końca, aż do łkania spazmatycznego, które nagle, przyśpieszone w tempie i rytmie, przemieniło się w jakiś Taniec śmiertelni czy, w jakąś Tarantelę szaloną, rozpętaną, rozpędzoną, migającą błyskawicami, huczącą piorunami, jak w pierwszej chwili improwizacji, przeskakującą z dysonansu na dysonans, potykającą się na harmonjach coraz bardziej cierpkich, szukającą rozwiązania w krzyku, ale w krzyku tak strasznym, od któregoby pierś pękła!... Lecz improwizatora na krzyk taki nie stać już było! Sarce jego łzą wezbrało... Pauza. Jeszcze chwila i z pod palców mistrza wypłynęły dwa dźwięki akordowe, delikatnie, cicho a zwolna, niby szmer łzy, staczającej się rytmicznie z obumarłego na żywy liść kwiatu...

Nastąpiła długa cisza, przerwana na chwilę westchnieniem omdlałej piersi, jakgdyby wezwaniem współdżwięczącej, rozmarzonej duszy: — Do mnie!... do mnie!... Czy mistrz słyszał to wezwanie — trudno orzec. Dość, iż niebawem podbiegł ku tej, która go z martwych do życia powołała, ukląkł i potulnie złożył głowę na jej kolanie. Milczeli długo. Namiętność wyłącza, słowa: cisza lub krzyk są jedynym jej wyrazem. Po chwili ona otrząsnęła się z marzenia: poczuła się opiekuńczym jego aniołem. Delikatnie, zwolna, zaczęła drobną swą ręką sunąć po jego głowie. Zdawało się, iż świadomie chce ciepłem dłoni przyjaznej ukoić burzę, kotłującą się może jeszcze pod jego czaszką kształtną, a mocną.

On, nie podnosząc się z kolan, zgrabną jej kibić objął ręką i, ciągnąc się wzwyż głową, dotykał cichemi ustami piersi jej, ramion, szyi, policzków, włosów i potem znów policzków, płonących teraz rumieńcami gorącymi, wreszcie oczu, przysłonionych powiekami omdlałemi.

Ona nie wzbraniała mu tej pieszczoty poufałej; — owszem i po chwili spytała zcicha;

— Czy usta moje nie są ładne?...

On, w odpowiedzi na powabny ten wyraz zalotności, porwał ją w ramiona i spragnionemi ustami wcisnął się w jej usta. Dreszcz namiętności żywiołowej wstrząsnął ich zmysłami. I żywiołowi stało się zadość!... Jeszcze chwila — a powietrze zadrgało od okrzyku niepohamowanej, tryumfującej radości:

Mój!... mój!... I cisza głuchej nocy ogarnęła ich, — cisza obezwładniająca. — cisza, pośród której sumienie dochodzi do milczenia, a namiętność do wyrazu rozpasania! Żadnego powściągu z zewnątrz! Nic, jedno szał zmysłów, szukających złudnego szczęścia w zapomnieniu, z którego wychodzi się zawsze z połamanemi skrzydłami duszy... Nic, — jedno poddanie się instynktowi, wobec którego wola jest tylko igraszką namiętności!... I żeby namiętność ta choć trwała!... Ale nie!... Starczy jej zaledwie na chwilę, może na czas ciszy jednego wieczoru, jednej nocy, po której zbudzone napowrót sumienie przyjdzie do głosu wpierw jeszcze, zanim natura, ta pani wszechmocna, podstępna a nielitościwa. zachichotawszy szyderczo różowym blaskiem pierwszych promieni słońca nad głowami szaleńców miłości, zacznie kształtować przed ich oczami omdlałemi widmo rozpaczy beznadziejnej...

Stało się!... Lampa dogasała u sufitu... Niczem nie zmącona cisza głuchej nocy zaległa salon... Naraz dał się szłyszeć glos, przejęty smutkiem, czy żałością, — nie głos nawet, ale szept, — może westchnienie tylko:

— Nie mój...

Artysta siedział w fotelu, oparty łokciem o poręcz, z głową, utopioną w dłoni, z oczami wpatrzonemi w czarną, lśniącą naszybach okna, tajemnicę dali. Powabna towarzyszka jego, zasunięta w załam otomany, patrzała górnie przed siębie, jakgdyby zasłuchana w głos sumienia. Po chwili opuściła głowę bezwładnie ku ziemi i przywtórzyła sobie z westchnieniem:

— Nie mój", nie mój...

A gdy westchnienie jej rozwiało się bez echa w salonie, powstała żywo i zawołała w głos:

— Czas na mnie!...

Artysta drgną! całem ciałem, jak człowiek, Obudzony nagle ze snu głębokiego i spytał porywczo:

— Dokądźe to?...

— W przestworze, — do Pani, która mnie tu z różową mgłą na oczach, w wieńcu złudzeń nad czołem przysłała...

— Nie rozumiem...

— Bo nie chcesz... Z przestworzam się tu wzięła, w przestworzu się odnajdę...

— Jesteś przecię u siebie... Mów jaśniej!

— A więc mówię: — Kto nie spłonął w miłości, spłonie w sobie samym...

— Byłażby to groźba?...

— A coż?!... Sumienie tylko w ogniu śmierci oczyszcza się ze skazy... Odchodzę...

— Zostań!... Dobrze mi przy tobie...

— Nie moge...

— Któż ci wzbrania?

— Ty!... Ty sam!...

— Co?!...

— Chciałam widzieć światło, — szczęście na twojej twarzy...

— A widzisz?

— Chmurę... zdradę!...

— Mylisz się... Jestem ci oddany... Kocham cię!...

— Po swojemu...

— Jakieżbo słowa zdołałyby cię przekonać?...

— Żadne!... Miłość to pieśń bez słów, — to światło, to dźwięk!... Oczy twoje toną w cieniu, a głos brzmi pusto... Nie tęsknotą serca zapałałeś ku mnie, ale cierpieniem ambicji obrażonej, może zmysłów tylko...

— Nie wiesz chyba, co mówisz?...

— Wiem aż nadto dobrze... Jestem duch!...

— Duch sprzeciwieństwa, — psoty...

— Duch miłości, ogień, który zapala się sam przez się i sam przez się ginie....

— A w sercu kobiety trwa chwilę tylko...

To zależy... Zresztą, wszystko, co piękne w życiu, powinno trwać krótko, jak złudzenie... Wiedziałam, a jednak łudziłam się, że może przeze mnie... Tak! Dałam się strącić w otchłań namiętności, sądząc, iż ofiarą serca wyrwę cię z toni śmierci duchowej!... Przegrałam!... Na nic ci moja miłość!... Nie utopiłeś w niej cierpienia swego.... Usta twoje gorące i mocne, ale oczy zimne i puste... Patrzysz na mnie, a widzisz Cień.... Nastała długa chwila milczenia, długa, nużąca. On pochylił głowę i głęboko zapadł w fotel; — ogarnęła go zaduma; przestał żyć światem zewnętrznym.

Teraz ona przymknęła się doń zwolna, pocichu, drobną dłoń swoją położyła miękko, delikatnie na jego głowie i, tęsknym wzrokiem mierząc dal, westchnęła smutnie...

On, zapatrzony w wewnętrzny obraz duszy, zasłuchany w głos myśli, czy sumienia, może zatopiony w marzeniu bezprzedmiotowem a trawiącem, nie czuł tego dotknięcia, nie słyszał tego westchnienia, — co więcej! nie widział, nie słyszał, jak ona zwolna wysunęła się z salonu, jak szybko przebiegła przez pokój sąsiedni, a potem nerwowo otworzyła z klucza kredens i, nie zważając na szczęk szkła, porwała naczynie z płomieniem życia, z ogniem śmierci...

Jeszcze chwila, — i na trawniku, przed dworem, ukazał się słup migotliwej, niebieskiej jasności, a potem w przestworzu dał się słyszeć głos, dziecięco prawie jaskrawy:

— Płonie skrzat.... biedny skrzat!...

On, na widok tej jasności, wpadającej łuną do salonu, porwał się z miejsca, przypadł do okna, oparł głowę o szybę i patrzał. Slup ognisty przemknął się popod dworem w bok ku parkowi, tak, iż na razie tylko łuna jego migała na szybach. I on patrzał na tę łunę, ale patrzał tępym wzrokiem człowieka, olśnionego wprawdzie niespodzianym wybuchem światła, lecz opanowanego wewnętrznie przez jakąś myśl upartą, pozbawiającą go woli, a nawet zdolności rozumowania. Była to niejako fascynacja podwójna: od tajemniczego blasku łuny i od nieprzebranego smutku serca.

Przestworze zadrgało ponownie tym samym głosem dziecięco jaskrawym, ale w brzmieniu rzewniejszym jeszcze:

— Płonie skrzat..., biedny skrzat!...

Echo tego głosu doszło ucha artysty, lecz nie dotarło snadź do jego świadomości, bo oto pod tę chwilę odjął on głowę od szyby i, nie odchodząc od okna, zadał sobie pytanie raczej muzyczne, niż psychologiczne:

— Żali to śpiew?... żali to krzyk?...

A tymczasem w parku, ośród wysokopiennych drzew i bujnych krzewów, słup ognisty bił przez chwilę chyżym a górnym płomieniem wzwyż, — lecz potem nagle, rozszczepiwszy się w odgórnej połowie na dwa świetlne ramiona, niby rozpacznie wyciągnięte skrzydła jakiegoś apokaliptycznego, gorejącego ptaka, pomknął pedem ku polu, w dal! I tam, wydany na woię wiatru, miotającego na wsze strony bujnemi jego splotami i wstęgami, to wyciągał skrzydła, to puszczał je po sobie, — to padał na ziemię i rozlewał się w świetlaną smugę niebieskawą, to porywał się z ziemi i pędził przed się w szalonych, podskokach, — to przystawa! na chwilę nieruchomie i gorzał, jak pochodnia, płomieniem smukłym, ale coraz węższym, coraz słabszym, coraz knvawszym, — to wirował dokoła swej osi, — to znów uderzał w całej swej długości o ziemię, — aż wreszcie zapadł w miejscu, zwinął się w kłąb i, tarzając się w czerwieni własnych iskier, zaczął czeznąć powoli. — Koniec ofiary!... Wiatr tylko, od czasu do czasu, porywał jeszcze nikłe resztki pożogi i niósł je, niby błędne ogniki, niby rozkochane świętojańskie robaczki, iskra po iskrze, ku dziedzińcowi, przed okna dworu...

Artysta, nie odchodząc od okna, patrzał wciąż tępym wzrokiem lunatyka na tajemnicze te ognie i blaski wśród głuchej nocy. Gdy jednak ostatnia iskra nadleciała była i przed oczyma jego zgasła, a wiatr zcicha, ale żałośnie zajęczał na szybie, — fantazja poniosła go: w rozgorączkowanej wyobraźni swojej zobaczył niejako symbol miłości, — ów "ogień, który zapala się sam przez się i sam przez się ginie", — a w ożywionej muzycznie duszy usłyszał, poprzez jęk wiatru, dalekie echo dziecięcego prawie urzewniania. — Płonie skrzat!... biedny skrzat!... I teraz, zadając sobie ponownie pytanie, ale w głos: Sen to czy jawa?... Śpiew to czy krzyk? — przeszedł do fortepianu i po chwili uderzył w ton, odpowiedni dźwiękowi owego echa. przejętego od jęku wiatru. Obudził się w nim muzyk: — zaczął preludjować.

Lampa już była zgasła i tylko ostatnia świeca, dopalająca się w kandelabrze na stole, rzucała chwiejny, fantastycznie rozwiany cień od wazonu z bujnym, rozłożystym kwiatem na pustą otomanę. Niebawem i ta ostatnia świeca zgasła, — a od okna poszedł zimny przeblask zorzy, przesianej przez oka, krzyżyki, szlaki delikatnej, koronkowej firanki, w której ongi uwiązł był skrzat. Artysta obejrzał się za siebie. Nie było nikogo. Westchnął w głos. Od łzy w sercu, czy ulgi na sumieniu?... Niewyczerpana jest przewrotność duszy ludzkiej.

Na wschodzie widniała jeszcze złotolica Wenus, — ale gwiazdy i gwiazdki, niby oczy wieszczek, zawstydzonych pierwszem spojrzeniem trzeźwiącego dnia, a może i znużonych porozumiewawczem mruganiem przez długą noc zimową, przesłaniały się już gaza coraz jaśniejszego błękitu. Jeszcze chwila, — i skrzętna Jutrzenka różową dłonią sprawnie a lekko spędziła oćmę nocy z nieba, — odsłoniła dal...

Artysta preludjował wciąż bezładnie... Ale oto naraz, pod rozbiegane jego palce, sama podsunęła się tonacja Cismol... Drgnął... Na ustach zawisł mu uśmiech dojmującego bólu... Przed oczyma rozgorączkowanej jego wyobraźni stanął Cień...

...I teraz w dal, w bezmierną dal, poniosły się wołania tęskne, — wspomnienia szczęsne, — wybuchy namiętne, znów wołania... a dal nie oddawała ich...

ŚWIĘTY OGIEŃ.

Ei quasi cursores vilae lampada tradunt.

(Lukrecjusz, II, ).

A gdy nastała wiosna narodu, tedy zdawało się było, iż pochodnie, zapalone u ołtarza z ogniem świętym, same szlakiem powietrznym przelatują z ręki do ręki, tak zapal młodzieńców był samorzutny, wielki.

...I czasu lata nie zbywało na młodzieńcachgońcach, bo oto do szeregów rodów przednich, wolnych, przymknęły się były rody nowe, wyzwolone, a każdy prześcigał się w chęci przymnożenia dobra i chwały wyspie, ten przez poczucie obowiązku, ów gwoli zamysłowi osobistemu na daleką metę, a płomienie pochodni, przerzucanych z ręki do ręki od ołtarza z Sacrosanctum do ołtarzy i ołtarzyków domowych, zlewały się na prawo i lewo, wzdłuż i wszerz, w bujne ogniska życia, promieniejące światłem i radością, acz rozpryskiwały się też niekiedy i w iskry błędne, od których tu i owdzie, ośród wyspy, wszczynały się gwałtowne pożary wewnętrzne, krwawą łuną bijące w niebo...

...Ale pod jesień chwalebnego bytu, gdy wiatr przekorny postrącał co dojrzalsze owoce życia z przednich drzew rodzajnych, zaczęło było niedostawać na gońcachochotnikach. Tedy postanowiono, iż, nie rody już z własnej chęci i woli, lecz jednostki z powołania czy zaciągu, niby żołnierzenajmici, pełnić będą służbę świętą ku chwale wyspy, ku szczęściu całego społeczeństwa. I szczęście nie zawiodło: bo oto ci gońceżołnierze, powołani z najpośledniejszych rodem, a wybrani z najdorodniejszych kształtem, poczuli się krwią krwi, kością kości powołujących i na znak. dany z wieżystrażnicy. stanęli przy ołtarzu ramię do ramienia i ruszyli do biegu z miejsca, jak straceńcy, krzepiąc siły swoje i dusze pieśniąhasłem:

— Jeszcze wyspa nie zginęła!...

A wyspa na widok, iż nie pochodnie już, lecz dusze ich ogniem płoną ofiarnym, odkrzyknęła radosnem echem:

— I nie zginie, póki...

Póki co?... Ha, ha, hal... Wstrzymajcie się od śmiechu, przyjaciele!... Póki my żyjemy, my, wolni, którzy ustanawiamy zaciągi z jednostek niewolnych, my szlachetni, którzy domagamy się spełnienia ofiary, my rozważni, którzy cierpliwie czekamy, wrychle pochodnia z płomieniem ognia świętego rąk naszych dojdzie sama...

...A zaś, gdy wypełniły się dni i ożywczej wiosny, i gorącego lata, i znojnej jesieni, a nastały były dni srogiej zimy narodu, tedy już i zaciężnych zbrakło. Jednych strach obleciał, innych duch przekory odwołał; jedni powstali wręcz przeciw prawu powoływania kogokolwiek do pełnienia powinności rzekomo świętej, inni znów, rozważniejsi, acz najmłodsi, odparli, iż należy czekać, aż mgły i chmury rozwieją się pod dobroczynnem działaniem słońca z zaświata, aż gościńce i groble wychylą się z pod śniegu i grudy, aż mosty rozepną się nad rzekami, a kładki zawisną nad przepaściami, aż wiatr srogi przestanie dąć w oczy, a gwiazdka szczęścia sama spadnie z nieba... I wraz każdy oglądał się na bliźniego swego i urągał mu dla twardości serca jego, a przymawiał z cicha: — Nie mnie, nie mnie hańba, lecz jemu, iż nie idzie przede mną!...

...I wykonało się. Mrok ogarnął wyspę! Jeszcze chwila, jedna, druga, a wyspiarze odwołali czatowników z wieżystrażnicy, aby ani widzieć, ani wiedzieć, skąd przedtem światło szło i skąd kiedykolwiek przyjśćby mogło, i pochylili głowy ku ziemi, i oddali się zajęciom codziennym, powszednim ośród mroku i chłodu, poprzestając na złudnych przebłyskach sztucznego śwatła i sztuczne go ognia, i zbudowali arkę przymierza teraźniejszości z przeszłością w kształcie trumny, w której złożyli resztki prawdziwych i rzekomych popiołów z ostatniej pochodni, i uchwalili rocznicę śpiewania „Gorzkich żalów", których słowa za czasem i to niedługim, wyszły im z pamięci, i ustanowili godziny pacierza, który wkrótce już, nie tętnem serca, lecz nałogiem warg tylko odmawiali, i popadli w sen rezygnacji, w sen niewolników: wyrzekli się nadziei, przestali wierzyć, przestali cierpieć. By zaś i pokolenia przyszłe uchronić od męki marzenia, od klęski szału, nakazali piastunom narodu położyć pieczęć kamienną na księdze baśni cudnej, opiewającej od niepamiętnych czasów, iż ...hen, wysoko, na szczycie góry niebosiężnej, ponad oparami i chmurami ziemi, ośród wiecznej pogody słońca, u ołtarza z Sacrosanctum, płonie ogień święty i promienie wiecznego światła, wiecznego szczęścia, wiecznej chwały życia śle na wsze strony świata, na północ i południe, na wschód i zachód, od morza do morza...

I mrok trwał, gęstniał, a wyspiarzom w nim i z nim wygodnie było. Co prawda, każdy, jeden wobec drugiego, wzdycha! żałośnie, ale też za to i każdy, jeden przed drugim, garnął dobro ku sobie, a powtarzał w duchu:

— Zaliż nie mędrsza jest spokojnie żyć w mroku dla siebie, niź szaleńczo miotać się w świetle dla innych?...

Lecz stało się było, iż niektóry Piastun narodu, zapomniany i opuszczony od wszystkich, nie mając gdzieindziej skłonić zwiędłej swej głowy, pozostał w opuszczonej i, jak on, zapomnianej wieżystrażnicy. Nie miał nic z sobą, prócz ksiąg starych i kaganka w kształcie pochodni, który czcił jak relikwję. Nie skarżył się jednak. Owszem, błogo mu było. przy nikłem świetle owego kaganka, dumać o wielkich ludziach, którzy odeszli, a nie wrócą, o świetnych czasach, które przeszły, ale wrócić mogą, A miał przy sobie dwoje wnucząt: dziewczę, niedostałe jeszcze, lecz mocne w sobie, krnąbrne ale przytomne, smutne na twarzy, ale pogodne w duszy i chłopię, mało co odrośle od ziemi, a już ciekawe życia i wiedzy. Dziadek rozumiał wnuczęta, wnuczęta słuchały się dziadka, i dobrze im było tak żyć we troje poza światem, może nawet ponad światem, a rozglądać się ze szczytu wieży po widnokręgu całej wyspy i widzieć okiem duszy to, czego nie wjdziało się już oczami zmysłów, a żywić nadzieję, iż płomień ognia wieczystego, iż promień światła zbawczego wrychlej czy poźniej zabłyśnie jeszcze na wyspie. I nadzieja ta była im lampą u ołtarza ogniska domowego, gwiazdą u zenitu nieba, zasutego od krańca do krańca jedną wielką chmurą smutku, zarzewiem sycącem nieustannie płomień kaganka. A płomień ten sycili oni też i z myślą, iż może kiedykolwiek nikłe jego światełko zwróci na siebie oczy tych, którzy tam na dole chodzą w mroku, niewolniczo schyleni ku ziemi... Światełko nie zwracało uwagi niczyjej... Mimo to jednak, we troje, co rano i co wieczór, powtarzali zbożnie;

— „Jakoćkoiwiek się dzieje, nie traćmy nadzieje"...

Piastun tymczasem nauczał wnuczęta swoje, jak to było w starożytnej Grecji, — w dobie bohaterskiej.

I tam też pierwotnie do Lampadedromji, obrzędowego biegu z pochodniami na cześć bóstw ognia, stawały rody. Wieczorem, podczas dorocznych uroczystości panatenejskich, po czterdziestu młodzieńców z pięciu, albo i dziesięciu rodów, współubiegających się o pierwszeństwo w zaszczytnem służeniu sprawie ojczyzny, rozstawiało się pod wodzą doświadczonych gimnazjarchów w pięciu czy dziesięciu rzędach na drodze, wiodącej od świętego gaju Ateny, gdzie znajdował się ołtarz zjednoczonych bóstw ognia, do odległej o tysiąc przeszło metrów bramy miasta.

Na znak, dany z wieży Tymona, rozpoczynał się wyścig. I oto pierwszy z rzędu goniec wybiega z pochodnią, zapaloną u ołtarza świętego i, trzymając ją tak, aby nie zgasła, przebiega całym pedem rozstęp, dzielący go od drugiego; ten w lot prawie chwyta pochodnię od pierwszego i, rzuciwszy się w swoją kolej, naprzód, podaje ją trzeciemu; trzeci czwartemu, czwarty piątemu i tak dalej, bez ochyby, aż do czterdziestego, — ostatniego. Toż samo w pozostałych rzędach. I zdawało się było, iż na ów znak dany pięć albo i dziesięć płomieni oderwało się równocześnie od ołtarza z ogniem świętym i, pięcio czy dziesięciokrotną lecąc błyskawicą, trzydzieści dziewięć razy drgęło po swej drodze w powietrzu, a jeden z nich wzniecił ogień zwycięsko na ołtarzu u bramy miasta. I lampadefor, gonieczwycięzca, wieniec, otrzymany z ręki archonta sędziego, kładł sobie na głowę.

— Chciałbym mieć jego nogi — odezwało się chłopię tonem niekłamanego zapału w głosie.

— Nietylko nogi, mój chłopcze — odparł Piastun — ale i serce, przedewszystkiem serce — i to serce entuzjastyczne, mogące wziąć w siebie bóstwo, dające nawidzieć sią szalowi boskiemu, bo to właśnie oznacza grecki wyraz enthousiasmos.

— Ale nagroda to musiała być duża, skoro tylu o nią się ubiegało...

— O tak!... Duża, bardzo duża!... Wieniec wawrzynowy, który gonieczwycięsca, za trzydziestu dziewięciu sprawnych swoich towarzyszów, a na cześć i chwałę rodu, przez cały czas trwania uroczystości nosił na głowie. — Innej nie było, — nawet dla poetów, nawet dla żołnierzybohaterów. życiem swojem służących ojczyźnie.

— A od kogo to dziadek dowiedział się o tem?

— Od Platona ). wielkiego filozofa greckiego, który nauczał ludzkość, jak ideję, pochodnię życia, zapala się u ołtarza z ogniem świętym, jak podaje się innym, jak się ją od innych przejmuje...

— A czy i ja też, jak się dobrze nauczę po grecku, będę umiał zręcznie podawać pochodnię?...

— Na nic wszelka nauka, jeśli jej światło zapala się w głowie ambitnej, nie zaś w sercu gorejącem!... Ucz się jednak po grecku, bo nigdzie tyle, co w Grecji, nie znajdziesz przykładów bohaterskiego oddania się jednostki sprawie ogólnej. To była ojczyzna poświęcenia życia dla idei. ojczyzna wzruszenia, natchnienia, zapału boskiego, entuzjazmu... To też podawanie pochodni, przynajmniej za czasów bohaterskich, nie wyścigami, nie igrzyskami, nie symbolem nawet wiary w potrzebę ognia świętego dla ojczyzny było, ale wiarą samą, przez którą się żyło i dla której się umierało...

— Alboż to można umrzeć dla czegóś?...

— A więc słuchaj i zapamiętaj sobie!... Gdy w całej Platei, rozgromionej przez Persów (r. przed Chr.), na wszystkich ołtarzach grodu zagasły ognie, wtedy Euchidas, platejczyk. z własnej chęci i woli udał się do Delf, odległych o tysiąc przeszło stajań, gdzie był ołtarz Apolina z wiecznie płonącym ogniem świętym. Tu oczyścił się, jako zwyczaj obrzędowy każe i polecił się bóstwu swojemu, bóstwu miłości ojczyzny, które też wstąpiło w szlachetne serce jego i tak już pełne zapału, poczem, przybrawszy sobie głowę w wieniec wawrzynowy, wziął z ołtarza ogień święty i z miejsca całym pędem pomknął ku ojczystemu grodowi. Entuzjazm, szał boski nie opuścił go w drodze. Tysiąc stajań przebył jednym tchem, niby koń raczy, skrzydlaty, i współobywatelom swoim, oczekującym go w śmiertelnej trwodze u bramy miasta, ogień święty tegoż samego dnia z tryumfem podał. Podał i padł nieżywy...

— Czy z wieńcem na głowie?...

— Takiemu, jak Euchidasplatejczyk, bohaterowi, wieniec z głowy nie spada...

— Pewnie postawiono mu ładny pomnik nad grobem?...

Bynajmniej... W owych czasach jeszcze cnota była sama sobie nagrodą... Zresztą Euchidas biegł z ogniem świętym nie dla czczej chwały gońca zawodowego, lecz przez poczucie obowiązku względem ojczyzny, dotkniętej nieszczęściem... Bo brak ognia czystego na ołtarzach domowych w całym grodzie, to nieszczęście dla całego grodu, dla ojczyzny, która obywatelowi była wtedy wszystkiem: życiem, twierdzą, chwałą... Dopiero w późniejszej dobie, gdy entuzjazm bohaterski stał się rzadszy, a egoizm indywidualny szedł przed miłością ojczyzny, pierwszemu lepszemu lampadeforowi, jak świadczy o tem płaskorzeźba na nagrobku w Thasos, stawiano pomnik wiecznej chwały, słup kamienny z odpowiednim napisem... Ale wtedy wyścigi odbywały się całkiem inaczej. Do zapasów nie rody już, lecz stawały jednostki. Poszczególni gońce pojedynczo, bez przekazywania komukolwiek pochodni z ręki do ręki, biegli wprost od ołtarza Prometeusza, Hefajstosa czy Apolina do ołtarza u bramy grodu. Jeśli pochodnia pierwszego zgasła w drodze, to zwycięstwo należało do drugiego; jeśli drugi przybiegł z pochodnią zgaszoną, to zwycięzcą był trzeci; jeśli wszystkie pochodnie zgasły po drodze, to nagrody nie przyznawano nikomu )...

— Jabym spalił się ze wstydu, gdyby mi tak przyszło odejść z kwitkiem do domu, bez wieńca na głowie!...

— Nie wstyd, mój chłopcze, przegrać w wyścigu, ale wstyd i hańba myśleć o sobie, gdy inni prześcigają się w pełnieniu powinności względem ojczyzny!... Lecz powinność ta i w Grecji z biegiem czasu stała się czczą forma, a nawet przedmiotem profanacji. Toż i Atenom przyszło na to, iż

„Pochodni nikt nie chciał brać pono

w rękę wątłą, niećwiczoną"...

Co więcej!...

Prze Diosa! śmiech mię dotąd bodzie;

w panatenejskim niedawno pochodzie

widzę, grubas jakiś się przewala

i blady, tłusty — za drugimi zdala

sapiąc i prychając, aż u bramy

szturchać go jęli ludzie z Keramy

w brzuch i ziobra i w miękkie pośladki...

Tak tłuczony, sił biorąc ostatki, między tłuszczę głośno plunął

i, pochodnię zgasiwszy, dunął"..

— Nie będę się uczył po grzecku... Szkaradny Arystofanes!...

— Mylisz się!... Arystofanes, satyryk, był nietylko wielkim poetą, lecz i gorącym patrjotą greckim... Nie jego to wina, iż społeczeństwu zaczęło zbywać na obywatelach dzielnych i prawych... Szyderczy śmiech jego to krzyk serca bolejącego nad zanikiem obyczajów bohaterskich, nad profanacją uroczystości narodowej, świętości tradycji!...

— Jakto?!... I żadna kobieta — odezwało się dziewczę, aż potąd milczące, a zgorszone świętokradczym postępkiem nędznego lampadefora — nie chwyciła pochodni w rękę?...

— Kobieta w starożytności odparł Piastun — była niewolnicą, stworzeniem jukowem a bezdusznem, co najwyżej rozkoszą, zabawką mężczyzny, swego pana i władcy...

W odpowiedzi na tę gorzką prawdę, usta dziewczęcia zacięty się gniewnie. Istocie ludzkiej, hojnie od natury uposażonej, dość jest niekiedy jednego wrażenia, by w niej odrazu dokonać się mogła przemiana gwałtowna. Krnąbrne dziewczę przemieniło się w kobietębuntownicę. I oto wnuka Piastuna podniosła dumnie głowę; pierś jej wzdęła od namiętności, oko zajaśniało stalowym blaskiem woli: objawiła się w niej dusza rodu...

Aliści po wyspie, ni stąd, ni zowąd, zaczęło krążyć głuche podanie, iż ostatni goniecstraceniec, ochotnik czy zaciężnik, nie zginął był w biegu, lecz gdzieś za krajem, za światem, przyczaił się jeno wraz z pochodnią niezgasłą i czeka. A od majaka tego podania tak się ludziom mieniło w oczach, iż coraz to któś przybiega! pod wieżęstrażnicę z niepokojącą wieścią, iż na własne oczy widział światło przymykające się do wyspy, a może już na wyspie... Lecz nazajutrz było to samo, co i wczoraj: mrok, — nic, jedno mrok, a mrok...

Ale naraz, ośród zimy srogiej, na widnokręgu, przygniecionym nieprzejrzaną chmurą czarną, ukazało się blade światełko. Jedni mówili: błędny ognik, tułający się po bagnach; inni wołali: gwiazda zaranna, wychylająca się zmorzą, czy mgły zaziemskiej...

I pytano Piastuna. a Piastun odpowiadał:

— Czujcie!...

Tymczasem światełko, z początku niejasne, zaledwie migotliwe, pomału zaczęło nabierać blasku... Przebóg! Byłżeby to blask pochodni z ogniem świętym?... Ależ tak... Zaledwie się rozejrzano, a już, nie przez powiększające szkło wyobraźni, lecz wprost gołem okiem widać było ze szczytu wieżystrażnicy płomyk, drgający wyraźnie, — drgający, żywy... I przyrosło serca Piastunowi i rozpromieniła się twarz wnuki jego i zatętniła ziemia pod nogami chłopca!... Jeszcze chwila, jedna, druga, a dokoła zapomnianej, opuszczonej wieży zaroiło się od ludu ciekawego i gawiedzi świegotliwej, od niedowiarków a tchórzów, i zaczęło się przepytywanie, a pomrukiwanie:

— Skąd?... Kto?... Na co?... Po co?... A Piastun uspokajał:

— Wypełnił się czas mroku... Co ma być — będzie!... Płomień sam oderwał się od ołtarza z ogniem wieczystym, świętym i leci ku wyspie, — sam, jako duch!...

Nie! nie sam!... Gdzie jest duch, tam jest i człowiek... Widać rękę z pochodnią, wzniesioną ponad głowę... Niema pochodni bez ręki człowieka!...

Ale co zacz?!... Byłżeby to on, ów zuchwalec szalony, który w ostatnim biegu, wbrew nakazowi zbiorowemu, ośmieli! się by! nie złożyć pochodni w trumnie pamiątek?... Jużci że!... On to,on, żołnierz nieustraszony, rycerzwiecznytułacz, bojownik posiwiały od trosk i przeciwności życia, ale nie zmożony w ręku, ale nieugięty w duchu...

Tedy od tego ludu ciekawego i tej gawiedzi świegotliwej, od tych niedowiarków a tchórzów, poszedł okrzyk zgrozy i oburzenia:

— Na gałąź go, albo i na pal!... Wara zuchwalcowi do spokoju wyspy!... Jeden nie stanie za tysiące, zaliż tysiące mają cierpieć albo i ginąć przez jednego?... Gdzież sumienie? gdzie rozsądek?... Zamysł nie na jego siły, pochodnia nie na jego rękę, bieg nie na jego nogi!... Biada nam! Górze mu!... Bodaj ziemia pod nim się zarwała!... Azaż nie można obyć się bez światła z zaświata, bez ognia z za dymu?... Oczy nasze przywykły do mroku: olsną wszcząt; ręce nasze odwykły od żaru: zgorzeją w perz... Dość jest świecić kagankiem, by módz znaleść drogę w puszczy; dość jest chuchać w palce, by módz grabić ku sobie... Zasię niepowołanym od pochodni!... Wolejby nikt nie wiedział, iż był i jest gdziekolwiek ołtarz z ogniem świętym, wieczystym!... smierć każdemu, ktoby śmiał!...

Ale on śmiał wziąć pochodnię, zapomnianą czy poniechaną przez innych i pójść przed się zuchwale, acz czuł, a może i wiedział, iż jeśliby i w jego ręku zgasła ponownie, nie zszedłby z tego świata inaczej, jedno osławiony, pohańbiony na wieki, on i cały ród jego, za który szedł...

I nastała cisza, jak przed burzą: zdawało się, iż czas wstrzyma! dech i słucha. Wyspa zmilkła, oczy jeno wszystkich zwróciły się teraz ku świetlnej wstędze ognistej, która, iskrząc się i rozpryskując nad głową gońca ośród ponurych ciemności nocy, to unosiła się lekko w powietrzu, to pomykała chyżo ponad bagnami i pustkowiami, to przewijała się zygzakiem pomiędzy konarami i kolcami zdradnych gąszczów leśnych, to skrywała się tajemniczo pod nawalą deszczów i śniegów, to znów żarzyła się krwawo pod naporem wichrów przeciwnych i zamieci mroźnych, — aż wreszcie, nieopodal, na skraju rozdołu przepastnego, ukazała się w całym blasku płomienia jasnego, czystego, jakoby chorągiew bojowa, zwycięsko rozwiana...

Tak, teraz nietylko ze szczytu wieżystrażnicy, lecz już i z poziemia wyspy widać było postać męża, całą w aureoli światła, z ręką, jako drzewce sztandaru, wzniesioną do góry.

Tak, to był on, ostatni goniec straceniec, mąż zagadkowy, wierny tylko sobie, nie mierzący zamiaru na siły. Porwał się do czynu, nie powołany, jak żywioł, nie znający nakazu, ni zakazu. Nie sprzeniewierzył się jednak głosowi krwi własnej. Dobiegł skraju przepaści, gdzie dalej nie było już biegu — i stanął... Stanął i stał wryty, jako żywy kamień, jako dąb twardy, który ani się chwieje, ani się chyli, a jeśliby i padł, to cały. jakgdyby pod ziemię się zarwał... I zarwał się!...

Była chwila, iż światło rozbłysnęło mocniej zaiskrzyło się... Kto wie? może od gniewu zuchwałego gońca, iż nikt już z jego ręki nie przejmie pochodni?... może od płomienia wiary, iż „jest i musi być kędyś, choć na końcu świata któś, co k'niemu myślami wzajemnem! lata?"... może od błysku nadziei, iż wrychlej, czy później duch sam wychynie z otchłani nocy?... Oko bojownika z krwi i kości nie zachodzi nigdy mgłą zwątpienia... Lecz chwila była chwilą tylko i światło zapadło w przepaść...

Teraz, już nietylko od podnóża wieżystrażnicy, lecz z najdalszych, z najciemniejszych zakątków wyspy, szedł głos urągania i przekleństwa. A najgłośniej krzyczeli ci, którzy nie zauważyli byli błysku światła na wyspie:

— A co?!... Zaliż nie stało się, jakośmy byli przewidzieli?... Nie dobiegi!... A choćby!... To i co stąd komu?... Lepsza jest umrzeć spokojnie w rezygnacji, niż żyć trwożnie nadzieją... Hańb? gońcowi, że śmiał!... Hańba Piastunowi, że czuwa!!... Precz z pochodnią!.. Niech w trumnie leży nietknięta aż po dzień wyroczny. dzień sądu!... Precz z wieźąstraźnicą!... Niech, zrównana z ziemią do znaku, nie straszy widmem przeszłości!... Dość nam tej wieszczbiarni nieszczęsnej!... Do ciemnicy z Piastunempuszczykiem!... Na pote z bezlotkamipisklętami, by im z górnego swego gniazda nie zachciało się nad naszemi głowami rozwodzić majaków przyszłości!... Finis insulae!...

Teraz w dziewczęciu, o smutnej twarzy a pogodnej duszy, zbudziła się kobietapowinność, kobietamścicielka. Poczuła się krwią krwi. kością kości rodu. Całe jestestwo jej drgnęło. Na głos urągania i potępienia odpowiedziała krzykiem serca. Porwała się w niej namiętność czynu, miłość nieprzeparta ku temu straceńcowi, przez los może wskazanemu i przez los pokonanemu, ku temu mężowi, nieznanemu, dalekiemu, który tam w rozdole przeciwności, padł okrutnie pohańbiony. I miłość ta poniosła ją...

A wraz po wyspie rozeszła się wieść, iż wnuka Piastuna oszalała... Bo i jakże?!... Widziano ją, ośród ciemności nocy a srogości zimy, jako Furję, pędzącą przed się... Tak! jako Fur ja, jako Erynja, ze skłębionemi w wężowe sploty warkoczami, z gniewem na czole, z żarem w oczach, z zawziętością na ustach, niepohamowana, a przeto piękna w porywie swej namiętności, niosła się poprzez bagna i pustkowia, porzez góry i doliny, poprzez skały i wyrwy, bez wytchnienia, bez pamięci, naoślep — i nie zatrzymała się, aż na skraju rozdołu, skąd po raz ostatni doszło ją tajemnicze światło pochodni...

Ciemno tu było dla tych, którzy patrzą, a nie widzą. Ale ona widziała: to też nie pytając oczyma, nie szukając nawet, dotarła odrazu do miejsca, gdzie spodziewała się znaleść nieszczęsną ofiarę losu. Zdala już zoczyła wybranego swego: twarz jej spogodniała, ręce same wysunęły się miłosiernie ku przepaści. Zawahała się jednak. Kto wie. czy w głowie jej nie postało pytanie: po co tu przyszła?... Może miłością dusz wybranych okupić śmierć niesławną? może cichą łzą współczucia zmyć plamę z imienia rodu? może tylko kamieniem nadgrobnym przyłożyć martwą formę ludzką, by wiatr swywołny nie rozniósł jej po polu, jako śmiecie nędzne, jako proch marny, nikomu już na nic?... Zstąpiła głębiej w zacisze wyrwy skalnej. I naraz zwidziało się jej, iż jest w druidycznej z głazów grocie, „gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać i ma Elektry głosi"... Poczuła się, w żalu po stracie ojca, królabohatera, nieutuloną córą Agamemnona i jęła złorzeczyć losowi:

— Zginąłeś zuchwalcze, jako Euchidasplatejczyk, ale bez jego chwały, bez wawrzynowego na czole wieńca!... Nie porwali się za tobą rówieśnicy, zaprawieni do biegu, ani poskoczyli ku tobie młodzieńcy, zdolni z rąk twoich przejąć ogień święty!... I coż, iż przełożyłeś śmierć chwalebną dla ojczyzny nad życie nikczemne dla siebie?!... Los stanął ci wpoprzek... Nie przebyłeś całej drogi; — przegrałeś!.. Zwycięstwo okupuje winę smierć nie okupi przegranej... Taka to już dola zwyciężonych!... Nie było ci współczucia za życia — nie będzie ci sprawiedliwości po śmierci!... Pierwszy goniec — pierwszy dobroczyńca: ostatni goniec — ostatni winowajca!... Taka to już droga sadów ludzkich!... Więc ani tobie kwiatka z ręki siostry czy kochanki, ani tobie pomnika od bracibojowników, ani tobie modlitwy nad grobem od wdzięcznej matki-ojczyzny!.....Samotna cię w mrok swój mogiła, bez jęku ludu, bez pieśni spowiła"...) Samotna?... Nie!... Nawet tego zaszczytu, tej mogiły obrzędowej los zawistny ci poskąpił!... Jako dąb piorunem zwalony, leżysz kłodą na ziemi, niemiłosiernie na pastwę robactwa, na schronisko płazów wydany. Wiatr tylko osławione imię twoje złowieszczym poświstem roznosić będzie po polu... Leżysz i nie czekasz już godziny swojej, godziny odkupienia, godziny zmiłowania... A może czekasz?...

I serce wnuki Piastuna od myśli bohaterskiej spłonęło czynem: zamyśliła zwłoki nieszczęsnego zuchwalca własnemi pogrześć rękoma. Przysunęła się bliżej i pochyliła głowy... Oczom jej, miast przerażająco sztywnego trupa, ukazał się nikły kopiec spopielonych szczątków... Kopiec?!... Byłażby to mogiła dobroczynną ręką tegoż samego losu usypana?... Popiół?!... Byłżeby to widomy znak śmierci chwalebnej od czystego ognia?... Ależ taki... Ani śladu kształtów człowieka!...

Teraz wnuka Piastuna, z oczyma rozwartemi od podziwu, z ustami złożonemi do uśmiechu, z rękoma zbożnie wyciągniętemi ku niespodziewanej zjawie, padła na kolana i wraz cześciwie jęła dotykać palcami tego kopca, pod którego powłoką domyślała się tylko postaci ludzkiej. A nie była to już Erynja, mścicielka zawzięta, lecz raczej Mojra, wykonawczyni sumienna, z przeznaczenia wyroku niezbłaganie przecinająca splątaną nić żywota. Powoli, ostrożnie, warstwa po warstwie, zaczęła wiotki rozgarniać popiół. Niewiele go było. Człowiek, w proch obróconyj est garścią prochu tylko. To też niebawem, miękkiemi sunąc dłońmi po skrajach kośćca, dotarła znaku klatki piersiowej. Szukała serca... Nie biło... Wszystko, co ziemskie zamarło w niem. Pochyliła jednak głowy i, wiedziona instynktem, przeczuciem wieszcz biarskiem, przyłożyła ucho do tej piersi, która niegdy tchnęła życiem, do tego serca, które dopiero co może przestało tętnić miłością. Zaliżby mniemała, iż ztąd dojdzie ją głos ów ..głos starszych", żywy głos tradycji, który dotychczas czuła tylko w sobie?... Niezawodnie. To też po chwili, nasłuchując tego głosu, a może i słysząc go w młodocianej swej wyobraźni, doczuła się ciepła, promieniującego żywiej. Dusza jej wezbrała żarem świętej namiętności. Przywarła skronią do tajemniczego źródła promieni. Promienie przemówiły. Odchyliła głowę i zgarnęła warstwę martwego popiołu. Zaczęła patrzeć. Rozradowanym oczom jej ukazała się grudka prochu, zagłębiona w czeluść piersi. Zrozumiała! Była to nikła resztka z dłoni uprzednio skrzyżowanych na piersiach... On temi dłońmi, niedawno jeszcze temu krzepkiemi a czułemi, niósł pochodnię wysoko. Ale i w ostatniej, wyrocznej swej chwili, nie pochylił jej ku ziemi, nie wydał świętego jej ognia na woię przypadku, czy przeciwnego wiatru. Pochodnia złożona na jego piersi, jako widomy znak wiary, stliła się do ostatniego włókna — i on ducha jej, światło wieczyste, ogień święty, wziął w serce swoje, by ofiarą całopalną jestestwa doczesnego żar jego podtrzymywać bez końca... Zgorzał wszystek, ale grudka prochu została... Cześć zwycięscy przez los zwyciężonemu!...

I wnuka Piastuna tę nikłą grudkę prochu wyjęła z martwej już piersi i wzięła w miękką a ciepłą dłoń swoją, jako skarb przeszłości, jako świętą relikwję pokolenia, które żyło, kochało, cierpiało — i poniosła miłośnie ku roznamiętnionym ustom swoim, — kto wie?... by może wskrzesić w niej płomień zbawczy tchnieniem pokolenia, które żyje już, — ale ma dopiero... kochać — cierpieć...

Tchnęła — i proch ożył! Na resztce niestlonego pod popiołem tuku ukazała się iskra. To wystarczyło wnuce Piastuna. Przeczulą tryumf swej woli. Wpatrując się w iskrę rozognionemi od świętej namiętności oczyma, podsunęła pod nią żagiew puszystą, na korze z pobliskiego drzewa uszczkniętą i póty tchnieniem gorącej, dziewiczej swej piersi ją rozżarzała, aż iskra w żywy roztliła się płomyk... Zwycięstwo!... Nie córą już poczuła się teraz, lecz wskrzesicielką rodu... Przestała złorzeczyć losowi; zrozumiała tezę ajschylesowej tragiedji: los wtedy właśnie podnosi człowieka, gdy go miażdży... Zuchwalecstraceniec wyrósł w jej oczach na bohatera. Z traw dzikich i liści spłowiałych, z mchu ziemnego i jemioły oderwanej od konarów stuletniego dębu uwiła wieniec i nad resztką popiołem opruszonej głowy złożyła go, jako koronę chwały, koronę męczeńską...

Teraz, trzymając zbożnie wątłą żagiew w ręku, a nikłym jeszcze blaskiem tajemniczego płomyka świecąc sobie po drodze ośród ciemności nocy i wietrznej śrzeżogi, ruszyła krętą, ciernistą, kolczastą ścieżą ku ognisku domowemu, ku swoim najbliższym. A nie Erynja to zawzięta w swej mściwości, ani Mojra niezbłagana w wyrocznym swym spokoju była. lecz jakaś kapłanka, dostojna a pogodna, z wiarą w duszy, ze łzą szczęścia na dnie serca, z wyrazem wieszczby radosnej na ustach. Szła dumna a wesoła, przyśpiewując sobie po drodze: „Temu, nie komu, ślubować będę miłość, wiarę, kto, niewołany, z wątłych rąk moich skarb weźmie w żelazne swe ręce!"...

A gdy rozeszła się była wieść po wyspie, iż wnuka Piastuna, córka niezłomnego w wierze i zamierzeniach swych rodu, znalazła w przepastnym rozdole skarb wielki, bajeczny, tedy zaczęli, jeden po drugim, przybiegać do niej zalotnicy, ubodzy czy możni, pokorni czy dumni, a każdy sam. lub przez dziewosłębów nastawionych, głosił zalety swoje, a klął się na miłość czystą, wieczystą. I ona, dopiero co potępiana, przeklinana, chodziła teraz oskoczona hufem młodzieńców, wyśpiewujących hymny pochwalne na cześć jej krasy, cnoty, rozumu. Słodka była i pogodna, ale taki ma jestat kapłanki bił od niej w chwilach skupienia ducha, iż żaden z zalotników wręcz narzucić się jej nie śmiał. Ona też na razie klucza od skarbca nie powierzała nikomu: ostrożna była, acz wrażliwa. Pewnej jednak chwili, uniesiona zapałem wieszczbiarskim, odsłoniła się niebacznie przed jednym z zalotników, najpłomienniejszym w słowach, który przez to wydał się jej też i godniejszym skarbu. Wraz wszyscy dowiedzieli się, iż cały ów skarb, wielki, bajeczny, to żagiew tajemniczo tlejąca w popielnicy, czy łzawicy, po dziadach i pradziadach odziedziczonej. Tedy wszyscy odskoczyli od niej i zaczęli głosić po całej wyspie, iż źle jest z wnuka Piastuna: coś pomieszało jej myśli; w chwilach nawidzenia czuje się kapłanką i sprawia ofiarę przed majakiem swej wyobraźni...

— Szkoda!... Młodziutka, a jednak trzeba ją zamknąć!...

Lecz wnuka Piastuna nie upadla na duchu, acz Piastun nie niósł jej już w krainę marzeń. Odszedł. Chodziła teraz sama i, w gorącej wierze nawidzonych, powtarzała za nim:

— Dopóki jedna bodaj dusza młoda płonie żarem miłości czystej, święty ogień niemoże zczeznąć nędznie w mroku śmiertelnym...

I oto, zanim wypełniły się dni srogiej zimy narodu, zjawił się młodzieniec, godzien bajecznego skarbu. Czy śnił mu się ołtarz w świętym gaju Ateny, — czy roili mu się przed oczyma greccy młodzieńcy-gońce z płomieniami i błyskaniami ognia nad głowami, czy też może zwidziała mu się pochodnia nie zgaszona w ręku E.ichidasa, platejczyka bona tera, który życiem przypłacił wiarę w cudowną, zbawczą moc ognia świętego? niewiadomo; dość. iż. zaufany w siły swoje, przedostał się do wnętrza skarbca. Był to młodszy brat wieszcz biarkika pianki. Poprzez głos siostry, usłyszał „głos starszych", głos krwi i z własnej chęci i woli, — niewołany, przyszedł na zmianę z nią młodocianem tchnieniem swej duszy ożywiać płomień żagwi, tlejącej w popielnicy na ołtarzu utajonego ogniska ojczyzny. A gdy wzmógł się na siłach i w wierze, tedy przeistoczył żagiew w pochodnię gorejącą i, przywoławszy na pamięć Euchidasa, platejczyka w wieńcu wawrzynowym na głowie, pomknął krętemi ścieżkami w głąb wyspy i. na zapomnianych, poniechanych, rozwalonych ołtarzach ognisk domowych, jął wzniecać ogień czysty, wieczysty, ku zdziwieniu, a radości rówieśników swoich, którzy dotąd ani ognia czystego nie widzieli, ani "głosu" starszych nie słyszeli, ani drgnienia serca zbiorowego nie czuli...

Nie miało się jeszcze ku nowej wiośnie narodu, gdy, ni stąd, ni zowąd, na całym obszarze wyspy, zaczęły ukazywać się płomyki ognia, tajemniczo przemykające się to tu, to tam, — to dołem, to górą, — pomiędzy cierniami i kolcami gąszczów, ośród mroku i wietrznej śrzeżogi. Po czasię było już ich tyie, iż nikt nie pytał, skąd się one biorą, kto je zapala, kto je niesie, kto je z ręki do ręki przejmuje?... Żarliwsi uwierzyli i głosili nawet, iż te blaski, te błyski same, jakoby języki Ducha Św., porywają się zewsząd i, gdzie padną, ogień czysty na ołtarzach domowych wzniecają...

Mrok rzednie... Umarli za życia otrząsają się z drętwy śmiertelnej... Głowy, aż dotychczas niewolniczo podane ku ziemi, dźwigają się wzwyż... Słychać głos z zaświata, — może pieśńhasło ostatnich gońców straceńców... Na obłoku, jakoby w obrazie odbitym od wyspy, widać huf ochotników w obrzędowym rynsztunku: — niewołani czuwają...

Wieża strażnica jeszcze nie gotowa — odbudowuje się od podstawyw innym kształcie, w innych rozmiarach, ale z tej samej gliny, z tych samych kamieni. Każdy, wedle sił swoich, przykłada ręki... A i pieczęć kamienna z księgi baśni cudnej zerwana!... I oto wnuka Piastuna, teraz już kapłanka ogniska domowego, w aureoli czci i radości macierzyńskiej, podaje w swoją kolej pochodnię, przejętą od Platona, uczy młode dusze, nowe pokolenie, jako ....

...hen: wysoko, na szczycie góry niebosiężnej, ponad oparami i chmurami ziemi, ośród wiecznej pogody słońca, u ołtarza Sacrosanctum, płonie święty ogień i promienie wiecznego światła, wiecznego szczęścia, wiecznej chwały życia śle na wsze strony świata, na północ i południe, na wschód i zachód, — od morza do morza...